• Home
  • Ludzie
  • Czy to wszystko jest mi naprawdę potrzebne?

Czy to wszystko jest mi naprawdę potrzebne?

Siedzę i czytam o tym, jak Pepin Mały zdobył władzę we wczesnym średniowiecznym. Śpieszę się, bo muszę nauczyć się jeszcze wzoru na deltę, a potem wkuć różnicę między państwem unitarnym i złożonym. Spoglądam kątem oka na okładkę „Pana Tadeusza”, przez którego z desperacją próbuję się przedrzeć. Tymczasem w mojej głowie od kilku tygodni dudni pytanie: „Czy to wszystko jest mi naprawdę potrzebne?”.

Nie, nie zamierzam rzucać szkoły. Jestem zbyt blisko mety, by teraz zrezygnować, jednak z każdym dniem jestem coraz bardziej przekonana o bezsensowności obowiązującej podstawy programowej. Uczenie się niektórych zagadnień ze świadomością, że nigdy mi się one w życiu więcej nie przydadzą nie pomaga. Kompletnie nie pomaga.

Problem polskiego szkolnictwa poruszyłam już w wywiadzie z Arleną Witt. Obie, jednogłośnie się zgodziłyśmy, że nowoczesna, jedynie w teorii, edukacja nie różni się niczym od tej z XIX wieku. Nauczyciel, który ma wiedzę, opowiada i przekazuje tę wiedzę, dzieciom, które jej nie mają. Wszyscy piszą w zeszytach, ponieważ książki są dobrem niemal nieosiągalnym. O Internecie i wujku Google nikt nie słyszał. Ba, podejrzewam, że w najbardziej kreatywnych snach nie pojawiały się takie cuda. Rzeczywistość sprzed dwustu lat kontrastuje z obecną w każdym aspekcie, dlatego uważam, że w systemie edukacji również powinny być widoczne zmiany.

Jesteśmy w takim momencie rozwoju technologicznego, że dostęp do informacji będzie się jedynie powiększał. Wydaje mi się, że nie nastaną już czasy, w których Internet wymrze, a smartphony i tablety odejdą w niepamięć. Może się tak stać jedynie wtedy, gdy jakiś zdolny umysł wymyśli coś jeszcze genialniejszego, a to z pewnością nastąpi i nowe wynalazki zajmą miejsce tych obecnych. Z tego powodu, nie widzę potrzeby uczenia się wszystkiego na pamięć. Wiele faktów, definicji czy dat można sprawdzić w kilka sekund – zarówno w książkach, które są powszechnie dostępne w bibliotekach i księgarniach oraz w Internecie. Owszem, jest wiedza, którą bezwzględnie każdy powinien przyswoić i mieć w głowie o każdej porze dnia i nocy, ale z pewnością obeszłabym się bez konkretnych informacji na temat zdobycia korony cesarskiej przez Fryderyka Barbarossę…
Czytałam kiedyś o badaniach, które pokazywały skutki zdominowania naszego życia przez współczesne technologie. Przekonanie „Po co mam wiedzieć, skoro  wujek Google i tak wie lepiej?” było jednym z czołówki. Z pewnością, towarzystwo smartphone w każdym momencie dnia je pogłębia. Nie jesteśmy zmuszeni już całkowicie polegać na swojej pamięci, bo w kieszeni znajduje się zewnętrzna pamięć, która w razie potrzeby zawsze przybędzie z pomocą. Czy to lepiej? Myślę, że to swoistego rodzaju zniewolenie, choć życie stało się łatwiejsze. Z opowieści kombatanckich mojej mamy nieraz słyszałam, że robiąc notatkę biograficzną o autorze lektury, trzeba było pójść do biblioteki, przewertować kilka książek i przepisać tekst. Zaś największy szacunek wśród kolegów z klasy wzbudzał posiadacz kalkulatora. A teraz? Wykonanie tych czynności zajmie kilka minut.

Dobór przedmiotów też uległ przeterminowaniu. Niektórych jest za dużo, innych za mało, a równie istotnych nie ma w ogóle. Najbardziej ubolewam, że nikt nie uczy nas psychologii. Każdy powinien posiadać chociaż podstawy z tej dziedziny. Ostatnio na jednym z zastępstw, mieliśmy zajęcia z psychologiem szkolny. Wiesz o czym rozmawialiśmy? O miłości, ale nie o tej z psalmu św. Pawła czy z „Wertera”, ale o tej współczesnej. Bałam się, że lekcje zdominuje patos i wzniosłe sentencję, ale było życiowo i konkretnie. Pozytywnie się zaskoczyłam, zresztą nie ja jedyna. Jak widać, da się takie lekcje zorganizować, a co więcej, mogą być pomocne i interesujące. Szkoda, że odbywają się tylko wtedy, kiedy zachoruje pani od matematyki.

Praca w grupie też jest niezwykle ważna i coraz częściej nauczyciele zdają sobie z tego sprawę. Zauważam u siebie na zajęciach, coraz więcej okazji do zrobienia czegoś wspólnie, razem. Nie opuszcza mnie jednak obraz z podstawówki, kiedy jedna z nauczycielek oznajmiła, że nie będziemy  pracować grupowo, bo się kłócimy i zachowujemy się za głośno. „No heloł, to może właśnie od tego jest pani w szkole, żeby nas nauczyć znajdowania kompromisów i tym samym przestalibyśmy się kłócić?” – teraz tak wyglądałaby moja odpowiedź, ale cięte riposty zawsze przychodzą z opóźnieniem. W tym wypadku dziesięcioletnim.

Temat edukacji nie ma dna. Ta w Polsce, mimo wielu wad, na tle świata nie wypada najgorzej. Jej poziom uplasowano na 14. miejscu na świecie według raportu Pearson pt. „The learning curve” („Krzywa nauczania”). Dużo trzeba zmienić, ale mam nadzieję, że kiedyś pojawią się ludzie, którzy to zauważą. Może przestaną się liczyć polityczne rozgrywki, a najważniejsze będzie dobro dzieciaków i młodzieży.