Docenisz, jak stracisz. I wcale nie chodzi o miłość!

Wybiegam z domu w pośpiechu zapinając moją ukochaną szarą bluzę i związując moje kompletnie nieułożone włosy. Nie przejmuję się, że jestem kompletnie nieumalowana i chyba nie do końca jeszcze ogarniam rzeczywistość. Jest siódma trzydzieści rano. Kto wtedy jest przytomny? I to jeszcze w wakacje? No szanujmy się, nikt. Ostatnio zaczęłam bardzo doceniać to, że mogę tak sobie rano pobiec po płatki do sklepu i nie przejmować się tym, jak wyglądam albo co mam na sobie . Zapytacie – co w tym takiego nadzwyczajnego? A no właśnie, ta prywatność.

Odkąd pamiętam marzyłam o byciu sławnym. Bardzo długo chciałam zostać tancerką, potem piosenkarką aż w końcu przyszła kolej na aktorkę. Ta wizja była ze mną bardzo długo. Jeszcze do liceum szłam z cichą nadzieją, że może jednak rodzice zmienią stosunek do moich planów, a ja spróbuję zdawać do AT. Na szczęście, im stawałam się starsza, a tym samym dojrzalsza, entuzjazm stopniowo słabł. Przede wszystkim uświadomiłam sobie jak bardzo się do tego nie nadaję. Takie marzenia są typowymi dla małych dziewczynek, a potem nastolatek. W końcu każdy chciałaby być powszechnie doceniany i podziwiany. Czyż to nie jest miłe, gdy ktoś do Ciebie podchodzi i prosi o autograf albo zdjęcie? No kurczę, ktoś chce mieć z Tobą zdjęcie, bo lubi to co robisz, jaki jesteś albo nawet chce być taki jak Ty. Tak mniej więcej wizja sławy wyglądała w mojej głowie jakieś sześć, może pięć lat temu. Przez tyle czasu natomiast może się mnóstwo zmienić. Zmieniłam się i ja i moje podejście do popularności.

Kilka dni temu przeczytałam fantastyczny post Dawida Podsiadło na jego fejsbukowej tablicy. Jakże ja mu zazdroszczę tego lekkiego pióra i oryginalnego stylu! Ale nie o tym chciałam dzisiaj Wam powiedzieć. Mianowicie o owym poście myślałam całkiem sporo i nie tylko dlatego, że jest tak świetnie napisany. Utwierdził mnie w przekonaniu jak wielką wartością w życiu jest prywatność. Wyjście ze znajomymi na imprezę, pójście na koncert, zjedzenie obiadu w restauracji czy piknik w parku dla osób niepublicznych wydają się oczywistością, normalną częścią życia. Czymś nad czym się szczególnie nie zastanawiają, po prostu wychodzą i cieszą się miło spędzonym czasem. Spoko, mam dokładnie to samo. Są jednak osoby, dla których jest to ciężkie do spełnienia marzenie. Jedną z takich osób jest właśnie Dawid. W poście opisuje, jak w trakcie Openera próbował zażyć trochę prywatności. Ostatecznie chyba mu się udało, był szczęśliwy, a o to przecież w życiu chodzi. Mega się cieszę, że większość fanów uszanowała jego czas i nie nalegała na zdjęcia. Pamiętam też, jak jedna z całkiem znanych osób opowiadała, że siedząc w restauracji i umierając z głodu w końcu dostała swój upragniony obiad. Wzięła widelec, już prawie poczuła smak pierwszego kęsa, kiedy nagle zjawia się ktoś nad jej głową. Nie, nie był to kelner z pytaniem, czy może chce coś do picia. Było to dziecko z telefonem w ręku i pytaniem, czy może zrobić selfie. Nie wiem, jak dalej potoczyła się ta historia. Domyślam się tylko, jak czuła się ta znana osoba – obdarta z jakiegokolwiek poszanowania prywatności, a jej żołądek wołał o pomstę do nieba.

Prywatność to wartość, którą się docenia po jej utracie. Tak przynajmniej mówią osoby, które ją już straciły. Bardzo się cieszę, że mogę korzystać z jej uroków.  Choć sama ją ograniczam używając mediów społecznościowych. Nie jestem odosobnionym zjawiskiem, bo robią to prawie wszyscy. Niektórzy bardziej umiejętnie, inni mniej. Uważam, że nie prowadzę tam osobistego reality show. Znaczy, teraz nie prowadzę, ale kto wie co przyniesie przyszłość? Nie, no żart. Moje życie jest zbyt nudne by prowadzić stałą relację. Zazwyczaj dzielę się najładniejszymi momentami, bo o to właściwie chodzi. Jest tu jednak bardzo ważna kwestia – to wszystko dzieje się na moich warunkach, udostępniam to co ja chcę, a nie na przykład redaktor Pudelka… I niech tak zostanie, bo jest bardzo dobrze.

Miłego i spokojnego wieczoru Wam życzę. Jak zawsze zresztą.