Jak się zorganizować, żeby na wszystko mieć czas?

Nie wiem, czy umiem na te pytanie w pełni odpowiedzieć, ale kto jak nie ja, wie więcej o dobrej organizacji? Liceum oddalone od domu o 40 minut drogi, codziennie zajęcia po szkole, udzielanie korepetycje dzieciakom, pisanie bloga sprawiło, że sztukę organizacji i planowania opanowałam do perfekcji. Chodźcie, sprzedam Wam kilka trików! Dobra, po prostu Wam opowiem, przecież nie będziecie mi robić przelewów, no szanujmy się.

1. Przede wszystkim muszę wiedzieć, co mam zrobić.

Prowadzenie kalendarza to podstawa. Nie umiałabym pamiętać o wszystkich terminach, zadaniach, spotkaniach i zajęciach. Wyrobiłam nawyk natychmiastowego zapisywania w kalendarzu, a nie na kartce lub na marginesie z nadzieją, że potem dopiszę to w kalendarzu. Nie, nie zapiszę, a w konsekwencji o tym zapomnę. Z tego powodu, kalendarz jest ze mną zawsze i wszędzie. Oczywiście, można go też prowadzić w telefonie, ale ja uwielbiam notować i podkreślać więc po prostu papierowa wersja daje mi więcej radości.

2. W każdy piątek planuję co mam zrobić przez następny tydzień.

Robię to w piątek, ponieważ mogę rozłożyć całą naukę  na weekend i cały tygodzień. Poza tym, mam już pewność, ile będę miała testów, kartkówek, a przez to mogę na przykład potwierdzić spotkania z przyjaciółmi lub zajęcia na siłowni. Takie zaplanowanie tygodnia daje mi poczucie bezpieczeństwa, że ze wszystkim się wyrobię, a przynajmniej jest na to duża szansa.

3. Planuję realnie, czyli mierzę siły na zamiary.

Nie łudzę się, że jednego dnia pocisnę sto zadanek z matmy, bo chyba musiałabym się zamordować, żeby to zrobić. Choć w sumie jakbym się zamordowała to już bym tego nie musiała zrobić… Czy w ogóle można się samemu zamordować? Dobra, nieważne, chyba zmierzam w złym kierunku. Co więcej, o wiele lepiej jest zaplanować, że zrobi się trzy rzeczy i mieć pewność, że wykona się je na pewno niż wpisać osiem i nie wyrobić się z żadną do końca.

4. Staram się wykorzystywać każdą wolną chwilę.

Kiedy jadę pociągiem to zamiast przeglądać Facebooka, wolę zacząć uczyć się słówek albo czytać książkę. Robić po prostu coś bardziej wartościowego. Nawet rozmowa z kolegą jest bardziej wartościowa niż przeglądanie tego durnego Facebooka. Warto też rano przewidzieć, ile takich wolnych chwil się nadarzy i pomyśleć, co warto wtedy zrobić. Tutaj jednak też musi działać zasada, żeby mierzyć siły na zamiary. Nie umiem czytać trudnych książek w pociągu, ponieważ wszystko dookoła mnie rozprasza. W ogóle nauka, gdy ktoś koło Ciebie właśnie opowiada historię swojego życia, jak ledwo dotarł do łazienki po ostatniej imprezie (serio, taką historię ostatnio słyszałam) jest bardzo trudna, dlatego wtedy odpuszczam i słucham sobie muzyki. Trudno, nie wyszło, ale ważne, że próbowałam.

5. Im więcej mam do zrobienia, tym jestem bardziej zmotywowana do działania.

Są takie momenty, kiedy wszystko dzieje się w jednej chwili – wszyscy mają urodziny, nauczyciele postanowili zrobić maraton sprawdzianowy, a blog milczy od dwóch tygodni. Wtedy mam ochotę rozciągnąć dobę o kilkanaście godzin albo się rozdwoić. Niestety, oba marzenia są nierealne, więc muszę sobie radzić w inny sposób. Wtedy po prostu pracuję na większych obrotach, staram się bardziej skupiać i nieźle mi to wychodzi, bo wiem, że tylko wypełnienie planu da mi szansę by ze wszystkim się wyrobić. Pomaga mi również usunięcie z telefonu wszystkich aplikacji, które zjadają mi mnóstwo czasu – Instagram, Snapchat, Messenger. Nie kusi mnie by tam zajrzeć i wybić się z rytmu pracy. Uprzedzam wtedy jednak najbliższych znajomych, żeby pisali do mnie SMSy albo dzwonili i nie martwili się, że umarłam albo coś.

6. Jestem konsekwentna.

Jeśli ustalę sobie, że w czwartek o 20.30 chodzę na siłownię to konsekwentnie to robię. Tak samo jest z innymi zajęciami. Odwołuję je tylko w naprawdę wyjątkowych sytuacjach. Albo kiedy zaplanuję sobie, że w przerwie między szkołą a angielskim idę do kawiarnii się pouczyć to to robię, a nie ląduję na jedzeniu z przyjaciółką. No chyba, że uczymy się wtedy razem to już inna historia. Niestety, bez samozaparcia realizowanie planów jest bardzo trudne. Mnie też kusi, żeby dłużej poplotkować z koleżanką przez telefon zamiast pograć na pianinie, ale jeśli ustaliłam, że dzisiaj nauczę się konkretnego utworu to to robię. Nie jest też tak, że katuję się całe dnie, bo czas na odpoczynek tak samo jak wszystkie obowiązki jest wpisany w mój grafik. I co najważniejsze, trzeba spać! Bardzo rzadko zdarza mi się, ze nie przesypiam conajmniej siedmiu godzin. Nie da się efektywnie pracować, jeśli organizm nie ma energii.

7. Wiem po co to robię.

Przekonałam się, że wysiłek się opłaca. Już wiele razy doświadczyłam, że dzięki mojej codziennej pracy jest mi po prostu w wielu sytuacjach łatwiej i przyjemniej. Dzięki zarabianiu na korepetycjach mogę sobie kupić nowy ciuch bez proszenia rodziców o pieniądze. Poza tym, gdybym od dziecka nie uczyła się sumiennie języków nie mogłabym teraz uczyć innych. Fajnie jest też zagrać na imprezie ładny utwór na pianinie, kiedy zepsują się głośniki i wszyscy dookoła siedzą zasłuchani. Choć i tak muszę powiedzieć to, co już nieraz tutaj pisałam, że wiele zawdzięczam moim rodzicom, którzy od dziecka pokazywali, że warto robić więcej. Pewnie gdybym wtedy nie została tego nauczona, teraz nie miałabym takiego podejścia.

Zapytacie, czy to wszystko jest mi potrzebne, czy może nie lepiej byłoby zwolnić i odpuścić, Byłoby na pewno łatwiej, ale nie lepiej. Uwielbiam te uczucie, kiedy na koniec dnia kładę się do łóżka i wiem, że zrobiłam mnóstwo super rzeczy, które są warte takiego wysiłku. Czuję, że nie marnuję czasu. Zresztą moja mama zawsze powtarza, że ja uwielbiam się spieszyć i nie mieć na nic czasu. I paradoksalnie coś w tym chyba jest. Nie rozumiem, jak można przeleżeć cały dzień w łóżku oglądając filmy. Ja bym w tym czasie poczytała, poćwiczyła, pograła na pianinie i spotkała się z przyjaciółmi. O wiele bardziej wolę aktywność niż lenistwo. Ale na recepty na to Wam nie dam, bo jej nie znam. Tak już mam, że mnie nosi wszędzie, gdzie tylko się da.