Lizbona – photo diary

Mówiąc Portugalia na myśl przychodzą mi trzy rzeczy: uśmiech, piękna pogoda i cudowne widoki. Życzliwość i pozytywne nastawieniem Portugalczyków najbardziej zapadły mi w pamięć i uważam, że są ich największym atutem.

Lecąc do Portugalii liczyłam przede wszystkim na to, że uzupełnię braki witaminy D i tym samym naładuję swoje baterię – w moim przypadku najlepszym paliwem jest słońce. Nawet nie wiecie, jak bardzo jest ważne w moim życiu. Pomaga mi kreatywnie myśleć, poprawia humor i w ogóle to taki złoty lek na wszystko. W Polsce nie ma go ostatnio za wiele (#śniegwmaju), więc świadomość, że przez cztery dni będę śmigać na krótki rękaw, już na długo przed wyjazdem napawało mnie ogromnym optymizmem. Nie zawiodłam się. Pogoda trafiła nam się wyśmienita, pomijając jeden ranek, kiedy siąpił malutki, wiosenny deszczyk. Opaliłam sobie nawet nos i teraz wyglądam jak jaszczurka zrzucająca skórę. Pierwszego dnia nie wiedziałam, że  słońce grzeje aż tak mocno. To nie jest narzekanie. Bardzo się cieszę, że świeciło.

Przed pobytem w Portugalii miałam wrażenie, że najmilszym narodem są Grecy. Teraz zmieniłam zdanie,  ich miejsce na mojej liście zajęli Portugalczycy. Już w drodze do hotelu byliśmy lekko zdezorientowani, gdzie powinniśmy wysiąść. Uzyskaliśmy jednak pomoc od pani siedzącej obok, mimo tego, że nawet jej o to nie poprosiliśmy. Sama usłyszała nazwę przystanku, zobaczyła jak nerwowo wodzimy wzrokiem po mapie i powiedziała, że właśnie następny przystanek jest ten, którego szukamy. Wychodzimy i nie wiemy, w którą stronę powinniśmy się udać, więc pytamy młodego chłopaka! Nie wiedział, gdzie dokładnie jest nasz hotel, ale akurat jego przyjaciel siedział w kawiarnii kilka kroków dalej i od razu wskazał nam drogę. Starał się jak najlepiej przekazać nam wskazówki, mimo tego, że nie mówił perfekcyjnie po angielsku. Zresztą, dogadałam się nawet ze starszym, sympatycznym panem, który kompletnie nie mówił po angielsku, a mimo to wiedziałam, gdzie jechać. Nie zniechęcił się tym, że mówimy różnych językach. Uśmiechnął się i zaczął tłumaczyć, trochę na migi, trochę wskazując na mapę. I dojechałam do celu, a to przecież jest najważniejsze. W sklepach z pamiątkami sprzedawcy nie wciskają Ci każdej pamiątki tylko po prostu czekają aż sam coś wybierzesz. Nie są nachalni, a to pozwala spokojnie wszystko obejrzeć i ewentualnie coś kupić. Przecież wakacje bez pamiątek to nie wakacje! W restauracji, w sklepie, w muzeum, w hotelu, na ulicy ludzie się uśmiechają. Tak po prostu, bez powodu. Chcą być mili, chcą żeby komuś było miło. Brakuję mi tego u nas w Polsce, bo niestety do pozytywnego nastawienia Portugalczyków jest nam bardzo daleko. Mają też lepsze warunki do tego by być szczęśliwsi, chociażby dlatego, że słońce świeci tam około 300 dni w roku, i otaczają ich piękne widoki. Myślę jednak, że nie usprawiedliwia to naszego braku uśmiechu na twarzy.

A i co najfajniejsze, w Lizbonie nikt się nie spieszy! To też moglibyśmy od nich zgapić.

Oni od nas natomiast mogliby opracować lepszy system oznakowania przystanków i autobusów, np. tak jak jest w Warszawie.

Mam nadzieję, że tymi kilkoma zdjęciami uda mi się przemycić nieco uśmiechu i słońca! #positivevibes

Photos by me&my dad