No kretynka, ale za to jaka szczęśliwa!

Coraz częściej zdarza mi się marzyć. Wyobrażać sobie sytuacje, w których pragnę się znaleźć, o sukcesach, które chciałabym odnieść. Mimo tego, że wszystko dzieje się tylko w mojej  głowie czuję wewnętrzną radość, a na sercu się robi jakoś cieplej. A wiecie, jak bardzo ciepło robi się, gdy te marzenia faktycznie się spełniają?

Będąc małą dziewczynką marzyłam o różnych rzeczach, na przykład żeby pojechać na koncert Mandaryny. Tak proszę państwa! Ja, obecna miłośniczka jazzu (choć ostatnio choruję na jedną piosenkę Shawn Mendesa i kompletnie nie wiem jak się tej choroby pozbyć) byłam kiedyś miłośniczką Mandaryny. Moi rodzice widzieli z jakim zapałem ćwiczę układy choreograficzne do Here I go again i pewnie czuli wewnętrzne zażenowanie, ale… zabrali mnie na koncert. Żebyście wiedzieli, jakie ja szczęście czułam siedząc u taty na barana i widząc ulubioną piosenkarkę skaczącą na scenie. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że robiła tam wszystko poza jednym – śpiewaniem. Miałam wtedy jakieś sześć lat, no wybaczcie mi, nie do  końca wiedziałam o co chodzi z playbackiem. Mimo wszystko czułam ogromne szczęście. To o czym marzyłam stało się prawdą.

Było jeszcze kilka momentów w moim późniejszym życiu, gdy czułam ekscytację, bo wyobrażenia z mojej głowy przeniosły się w realny świat. Nie mam tu na myśli spektakularnych osiągnięć, bo nic na tyle wielkiego w życiu jeszcze nie osiągnęłam. Miałam mniejsze i większe marzenia – zobaczyć ocean, wypić kawę pod Wieżą Eiffla, mówić płynnie po angielsku, zrobić wywiad z ulubioną blogerką czy mieć paczkę wspaniałych przyjaciół. I udało się. To faktycznie wszystko stało się prawdą.

Niedawno spełniło się moje kolejne, małe marzenie. Pewnie większość z Was już widziała bądź słyszała, że byłam gościem w Radiu Chillizet. I wiecie, jak bardzo jestem z tego powodu szczęśliwa. W końcu pisałam o tym wszędzie, gdzie się dało. Nie uważam tego za nic złego, bo sukcesami można, a nawet należy się chwalić.  Tego dnia wychodząc ze studia i zmierzając w kierunku metra czułam, że zrobiłam mały krok wprzód. Zebrałam doświadczenie, wiedzę, zawarłam nowe znajomości. Być może teraz zachodzicie w głowę skąd ta moje wielka radość – przecież ta audycja to nic spektakularnego. Owszem, zgadzam się, ale od czegoś trzeba zacząć. Sama się przekonałam, że nie da się od razu wspiąć na szczyt nie pokonując długiej i wyboistej drogi. No chyba, że ma się samolot, ale ja go nie mam. Czułam taką magię unoszącą się powietrzu, Pałac Kultury wyglądał ładniej niż zwykle i tłok na patelni wydawał się super. Chwilę potem okazało się, że magia dosięgnęła nie tylko mnie. Zadowolona, z uśmiechem na twarzy, czekając na metro, wyjęłam telefon i otworzyłam Facebooka. Zobaczyłam coś, co sprawiło, że moje serce było jeszcze bardziej szczęśliwe. Ciało wręcz skakało z radości. Oczy zrobiły się wilgotne. Dosłownie. Ważna dla mnie osoba spełniła swoje największe marzenie. Pamiętam, jak kilka lat temu rozmawialiśmy o tym marzeniu, wizualizowaliśmy sobie jak fajnie byłoby gdyby to wszystko za kilka lat stało się prawdą. Bardzo mocno wierzyłam w tę osobę, trzymałam za nią kciuki. Wiedziałam, że prędzej czy później zobaczę takiego posta na Facebooku. Nie wiedziałam tylko, że w tak szczęśliwym dniu również dla mnie. Stojąc w tym metrze musiałam wyglądać na chorą psychicznie – rozemocjonowana, przeskakując z nogi na nogę, uśmiechałam się sama do siebie. No kretynka, ale za to jaka szczęśliwa!

Nie mogłam uwierzyć, że jednego dnia stało się tyle pięknego i dobrego wokół mnie.

Tamtego wieczoru doświadczyłam wspaniałych emocji. Poczułam jak cudownie jest spełniać marzenia i widzieć radość innych, gdy to robią. Chcę tak codziennie. Chcę więcej.

O rany, jak to banalnie zabrzmiało. Przepraszam. Czasami tylko banały wyrażają to co chcę powiedzieć.

Tymczasem idę po więcej.