O syndromie rasowej kujonki

Miano kujona przylgnęło do mnie już w podstawówce.  Potem zarzekałam się, że w gimnazjum trochę „odpuszczę”, ale wyszło jak zwykle. Łatka kujona została. Teraz jestem w liceum i sytuacja ma się podobnie. Pozornie wszystko wygląda tak samo, ale istnieje jedna znacząca różnica.

Kiedyś próbowałam temu zaprzeczać, dyskutowałam o tym z podśmiewającymi się kolegami, że jest inaczej. Natomiast dzisiaj nie czuję już potrzeby by cokolwiek komukolwiek udowadniać. Ktoś uważa mnie za kujonkę? W porządku. Ktoś inny uważa mnie za ambitną uczennicę? Jeszcze lepiej. Najważniejsze jest to, że co roku wychodząc ze szkoły w ostatni piątek czerwca czuję satysfakcję. Ale nie dlatego, że na moim świadectwie jest pięć czwórek i jedna szóstka albo odwrotnie. Jestem zadowolona, bo kolejny raz udało mi się pogodzić tyle rzeczy – zajęcia, bloga, szkołę i życie prywatne (to zawsze brzmi tak poważnie).

Owszem, bywa ciężko, ale przecież nikt nie powiedział, że życie jest łatwe, miłe i przyjemne – znaczy czasami jest, ale w zdecydowanej większości jest średnie albo trudne. Jednak wtedy zaciskam zęby i daje z siebie, jak najwięcej mogę. Nie stosuję zasady – „nie wiem, w co mam ręce włożyć, więc nie zrobię niczego”. Zakasuję rękawy, planuję i od razu wiem od czego zacząć. Poza tym, ja po prostu lubię się uczyć. W liceum sprawia mi to jeszcze większą radość, bo zgłębiam wiedzę tylko z tych przedmiotów, które mnie naprawdę interesują i są mi potrzebne. Nie mam poczucia straconego czasu. Nie mogę natomiast powiedzieć tego np. o nauce fizyki. Uważam, że wszystkie godziny, które poświęciłam na ten przedmiot są całkowicie zmarnowane, bo teraz nie pamiętam niczego. Nienawidziłam się tego uczyć, a efekty były mocno przeciętne. Gdy pomyślę, że już NIGDY PRZENIGDY nie będę musiała uczyć się chemii, fizyki, geografii, biologii to moje serce raduję się prawie tak samo jak na widok bezy z malinami.

Teraz powinnam napisać jakieś rzewne podsumowanie tego roku, ale napiszę jedynie, że czuję radość. Miałam duże wątpliwości, czy podołam wszystkim obowiązkom, ale udało się. Jestem z siebie dumna niezależnie od tego, co kto sądzi o moim pilnym podejściu do nauki. Najbardziej rozbawiło mnie jednak stwierdzenie mojego kumpla, że cierpię na syndrom rasowej kujonki. I bardzo spoko, kompletnie mi to nie przeszkadza. Mogę być nawet rasową kujonką, byleby szczęśliwą.

Oficjalnie zaczynam wakacje. Mnóstwo wspaniałości Wam życzę.