Powrót do niezmąconego negatywnymi emocjami życia

Jeśli po raz kolejny zacznę Was przepraszać i usprawiedliwiać się, że tak bardzo nie miałam czasu pisać to wyjdę na wariatkę. Miesiąc temu mówiłam to samo, obiecałam poprawę i co? I nic, zawaliłam. Przyznaję się bez bicia, że po prostu nie podołałam. Dlaczego? Z bardzo zabawnego powodu.

Przez ten czas byłam bardzo mile zaskoczona, kiedy dużo bliskich mi osób pytało o  śmierć bloga i o to czy dalej będę pisać. Uświadomiłam sobie, że może jednak ktoś chce czytać moje żale/frustracje/radości i nie jest to tylko moja mama. Zastanawiacie się pewnie, co odpowiadałam. A co mogłam powiedzieć? Uśmiechałam się pokazując mojego pięknego grilla na zębach (już tylko kilka miesięcy i żegnam się z nim na zawsze!) i opowiadałam całą historię licząc, że będzie wystarczająco przekonywująca, by usprawiedliwić moją nieobecność. Czy to w ogóle możliwe? Przecież nie zostawia się czytelników na pastwę losu, nie mówi się, że od teraz posty będą publikowane regularnie, a potem znowu przez miesiąc jest cisza na blogu. Jeśli się obraziliście to ja Was rozumiem, sama bym tak zrobiła. Dotrzymywanie słowa to rzecz, którą cholernie cenię, ale przez ostatni czas w kwestii bloga przychodziło mi to bardzo ciężko. Właściwie to nie przychodziło w ogóle.

Powodem nie był brak czasu, bo pisząc ostatnim razem, że teraz będę miała go nieco więcej, nie kłamałam. Gdybym tylko skutecznie się zmobilizowała, napisanie posta raz w tygodniu nie sprawiłoby mi ogromnego wysiłku. Zaistniał jednak czynnik, który wyssał ze mnie całą energię, chęć do działania, a wręcz napawał pesymizmem. Czynnik ten nosi nazwę prawo jazdy.

Kończąc kurs, który pochłonął dużą część mojego wolnego czasu, nie sądziłam, że to co będzie po nim pochłonie coś o wiele cenniejszego – mój wewnętrzny spokój. O dacie pierwszego egzaminu nie wiedział nikt oprócz moich rodziców i babci. Choć wiele moich przyjaciół różnymi podstępnymi sposobami próbowało wyciągnąć ode mnie tę informacje, ja konsekwentnie nie dałam się podpuścić. Z uśmiechem na ustach pojechałam na egzamin i z jeszcze większym uśmiechem na ustach z niego wyszłam. I nie dlatego, że zdałam, moi Kochani. Oblałam i to w pięknym stylu, bo na ostatnim zadaniu. Na szczęście, trafił mi się cudowny egzaminator, który podniósł mnie na duchu, mówiąc, że następnym razem na pewno się uda, bo jeżdżę naprawdę dobrze. Tak się też stało, za drugim razem wszystko poszło gładko. Mogę się pochwalić wszem i wobec, że od tygodnia jestem szczęśliwą posiadaczką prawa jazdy, moje marzenie z dzieciństwa zostało spełnione. Znaczy jeszcze nie jestem, bo fizycznie owego plastiku jeszcze nie mam, ale w teorii jestem już pełnoprawnym kierowcą. Na Waszym miejscu też obawiałabym się o własne życie.

Najistotniejsze w tym wszystkim jest to, jak dużo to zabrało mojej uwagi. Powtarzałam sobie, że prawo jazdy zdają wszyscy – za pierwszym, trzecim,  a może trzynastym razem (jest jakiś ośrodek, gdzie po trzynastym oblanym egzaminie dostaje się rower!), ale ostatecznie kiedyś nadchodzi ten wielkopomny moment, gdy otrzymuje się kartkę z cudownie nabazgranym „pozytywnym”. Wmawiałam sobie też, że to przecież tylko prawo jazdy, że ludzie mają gorsze problemy albo że mogę próbować nieskończenie wiele razy. Za chwilę jednak pojawiały się kontrargumenty, że przecież Pan X zdał za pierwszym albo Pani Y za drugim, więc słabo byłoby zdać za piątym. Albo że za te kolejne 140 zł mogłabym kupić sobie nową torebkę albo karnet na siłkę, a niekoniecznie kolejny egzamin. Jednak to jak bardzo bolał mnie brzuch, kiedy jechałam drugi raz na egzamin pokazał, że moje pocieszanie samej siebie było całkowicie nieskuteczne. Te dwa tygodnie między egzaminami były najgorsze. Myślałam o tym, jak dobrze byłoby to już mieć za sobą, o ile życie byłoby łatwiejsze mając w portfelu ten kawałek plastiku. Nie chciałam już tracić więcej czasu i energii. Te czekanie stanowiło blokadę dla wszystkiego. Nie mogłam w pełni oddać się graniu na pianinie, pisaniu bloga czy nawet chodzeniu na siłownię, bo cały czas czułam z tyłu głowy, że ta sprawa jest taka rozgrzebana i niedokończona. Z utęsknieniem oczekiwałam momentu, kiedy w końcu wszystko powróci do starego porządku. I faktycznie, teraz czuję, jakbym zrzuciła duży ciężar. Powoli powracam do spokojnego, nie zmąconego negatywnymi emocjami życia. Nie no żart, oczywiście. Jestem po prostu niezwykle szczęśliwa, że to wszystko  minęło i już więcej nie będę musiała do tego wracać.

Czy to oznacza, że blog odżył na stałe? Nie składam żadnych deklaracji, bo chyba nie brzmią one już wiarygodnie. Zawaliłam i tyle. Nie było mnie tu okropnie długo i to jest smutny fakt. Nie chciałabym jednak tego błędu popełniać ponownie.