Przymusowy urlop

„Czy pół roku to długo?” to pytanie zaprząta moją głowę od wczorajszego spaceru. Wszystko zależy przecież od perspektywy. Pół roku nauki języka to mało, starczyłoby na opanowanie jedynie podstaw. Pół roku ćwiczeń albo diety to już coś. Zawsze jestem pod wrażeniem determinacji osób zmagających się z potem i zmęczeniem na siłowni. Pół roku związku to ani długo ani krótko. Taki okres próbny bym powiedziała. Brak kontaktu ze znajomym przez pół roku to bardzo długo. Można zdążyć zapomnieć jaki jest jego ulubiony serial, gdzie był na wakacjach albo nawet jak wygląda – jeśli nie ma Instagrama, bo jeśli go posiada i w dodatku aktualizuje to tą ostatnią kwestię można wykreślić. Nawiązując do wszystkich tych przemyśleń, nie jestem zła, jeśli nie pamiętacie kim jestem i co ja tu wyprawiam. Zacznijmy więc od początku.

Cześć, jestem Karolina, pół roku temu byłam szaloną blogerką, jednak obowiązki związane z pewnym majowym eventem sprawiły, że zniknęłam zakopana w papierach, zeszytach, podręcznikach i musiałam przybrać gębę zwykłego ucznia. Czy ja właśnie przywołuję Gombrowicza? CO TA MATURA ROBI Z CZŁOWIEKIEM?

Matura zmienia życie. Przynajmniej na miesiąc przed egzaminem. Mój pokój wyglądał jak tor przeszkód – podręczniki, notatki pogrupowane przedmiotami, kolorowe długopisy, kubki z herbatą… Choć i tak najbardziej zabawne były konwersację iMessage z moją przyjaciółkę (bardzo mądrą, dlatego to do niej zawsze biegłam zdezorientowana jakimś zagadnieniem i wiedziałam, ze  uzyskam odpowiedź – dziękuję, A!). Parafrazując, w najbardziej kryzysowych momentach wyglądało to mniej więcej tak:

Moja przyjaciółka: Zrzygam się od tej matury.
Ja: A ja zaraz wyrzucę wszystkie zeszyty przez okno. 

Niestety nie mogę pokazać Wam zabawniejszych i zarazem pikantniejszych momentów, bo jednak jakiś poziom języka muszę tutaj trzymać. Po kilkumiesięcznej, głebokiej analizie wybitnych dzieł stwierdzam, że Mickiewicz złapałby się za głowę czytając te moje wpisy. Gdybym jednak pisała jak słynny wieszcz narodu, to czy ktokolwiek chciałby tu zaglądać? No właśnie, tę kwestię pozostawiam otwartą…

Ostatni czas był wyjątkowo nie tylko ze względu na maturę. Skończyłam również liceum. I to nie byle jakie. W końcu jego absolwentką jest sama Magda Gessler! Dla mnie to również ostatnia szkoła, do której w wielkim bólu zwlekałam się z łóżka każdego ranka. Wracając do domu po zakończeniu roku zdałam sobie sprawę, jak piękny okres życia jest już za mną. Przecież nigdy więcej nie pojadę na szkolną wycieczkę. Nie pójdę do szkolnego sklepiku. Nie pokłócę się na lekcji WOSu z moim ukochanym kolegą o politykę. Po prostu nigdy nie będę już uczennicą. Nawet nie zdążyłam się nacieszyć byciem licealistką. Kiedyś to brzmiało tak dumnie, pragnęłam momentu, kiedy będę mogła sama się tak nazywać. I co? Te trzy lata minęły tak szybko, że może dwa razy w życiu pomyślałam o sobie „per licealistka”. Dokładnie jednak pamiętam jak wchodziłam do szkoły pierwszego dnia, pełna przerażenia z powodu tylu nowych twarzy, ale jednocześnie ekscytacji, że zaczynam coś nowego, coś co wiele osób zaszczytnie określało „najlepszym czasem w życiu”. I ten czas właśnie taki był – pełen wyzwań, inspiracji, nowych ludzi. Dotychczas z pewnością najlepszy. Złożyło się na to mnóstwo czynników, ale przede wszystkim szczęście, że znalazłam się w tym konkretnym miejscu, czasie i z tymi ludźmi. Dowiedziałam się wiele o innych, ale przede wszystkim o sobie. Powoli odkrywam, co mnie dokładnie interesuje i jakimi ludźmi się chcę otaczać. Przekonałam się, że to ja sama dokonuję wyboru z kim się chcę przyjaźnić, a przez to jakie emocje biorę w pakiecie. Niestety moje doświadczenia z dzieciństwa w tej kwestii były dość burzliwe, dlatego długo oczekiwane poczucie spokoju i stabilności w tym obszarze życia jest dla mnie szczególne ważne. Mojej klasie poszczęściło się również dlatego, że mogliśmy pracować z naprawdę dobrymi nauczycielami. Po tych trzech latach przekonałam się, jak istotnym są oni czynnikiem by w szkole było znośnie, a nawet miło. Nigdy nie pisałam o tym wcześniej, bo wydawało mi się to nieetycznie, ale teraz kiedy już nic od nich nie zależy, mogę powiedzieć, że byli najlepszymi nauczycielami, jakich spotkałam. Czasami mieli lepsze, a czasami gorsze humory, czasami się z nimi kłóciliśmy, a czasami żartowaliśmy, czasami nas denerwowali, a czasem to my denerwowaliśmy ich, a wszystko dlatego, że byli ludźmi. Przede wszystkimi ludźmi, a dopiero potem nauczycielami. Właśnie taka kolejność powinna być zawsze zachowana. Szkoła od razu kojarzyłaby się przyjemniej. Cieszę się, że tych pięknych i zabawnych momentów było tak wiele i to je zachowam w pamięci na długie, starcze lata. Ileż ja będę miała ciekawych historii do opowiedzenia swoim wnukom? Oby tylko nie dopadła mnie demencja…

Czuję pewną nostalgię płynącą z tego wpisu, zahaczającą nawet o ckliwość, ale cóż poradzę, jeśli koniec czegoś zawsze zmusza do przemyśleń. A jak blogerka ma przemyślenia to musi je przelać. Wprawdzie nie na kartkę, ale na klawiaturę komputera.

Wy też pomyślcie o tym co Was ostatnio spotkało. Mam nadzieję, że same miłe rzeczy. Choć w sumie, czy jest ktokolwiek na świecie kto wiedzie jedynie szczęśliwe życie? Chciałam dodać jakiś pozytywny akcent i proszę…

Trzymajcie się, K.