Slow fashion, czyli kupuj z głową!

Poniedziałkowy poranek. Promyki słońca delikatnie przebijają się przez czarno-białe zasłonki. Wstaję i idę do kuchni. Gotuję jajka i kroję awokado. Siadam na balkonie i jem w ciszy delektując się piękną pogodą. Patrzę na zegarek i… mam 15 minut do wyjścia. Otwieram szafę i jestem w d…. Nie wiem w co mam się ubrać. Wszystkiego jest za dużo. Nic do siebie nie pasuje. – Jeszcze ponad rok temu tak wyglądały moje poranki. Codzienna rozpacz, że moja szafa mimo tego, że pękała w szwach nadal nie spełniała moich oczekiwań. Zaczęłam szukać przyczyny i myśleć się co mogę zrobić, żeby poranne wybieranie stroju nie było katorgą, a przyjemnością. Chciałam, żeby otwierając szafę, zamiast irytującego mnie i moją mamę „Nie mam się w co ubrać”, mówić  „Dzisiaj zakładam to i to. Będę czuć się w tym przepięknie!” Jeśli nadal zastanawiasz się czy w tamten poniedziałek się spóźniłam – tak, spóźniłam się i to całkiem sporo. 😉

Tego samego dnia zapytałam wujka Google czy zna rozwiązanie mojego problemu i jak zwykle mnie nie zawiódł. Zaczęłam czytać o filozofii Slow Fashion, co to jest, z czym to się je i o co w tym w ogóle chodzi. Po roku mogę stwierdzić, że bardzo mi to pomogło i choć nie zawsze skrupulatnie trzymam się moich postanowień to i tak moje ubrania są już o wiele bardziej spójne i pasujące do mojego stylu.

 

Kupuję tylko to, co naprawdę mi się podoba.
Kiedy idę na zakupy, wybieram tylko te rzeczy, na których widok mówię”WOW” albo których szukałam już od dłuższego czasu i akurat ten konkretny ciuch spełnia wszystkie moje oczekiwania. Nie kupuję ubrań, które „kiedyś się przydadzą” lub „kiedyś będą modne”.

Nie ulegam chwilowym trendom.
Do dziś pamiętam, o zgrozo, modę na Air Maxy. Mieli je praktycznie wszyscy, a ja zastanawiałam się jak można nosić buty, które na nogach wyglądają jak… cegła (?). Ich czas chwały trwał niewiele ponad sezon, a kosztowały niemało. Nie chcę powiedzieć, że to co jest chwilowo modne jest nieładne. Czasami się tak zdarza, ale to nie jest reguła. Jeżeli spodoba mi się coś, co wiem, że za dwa sezony wyjdzie z mody i będzie synonimem obciachu, nie inwestuję w to dużej sumy pieniędzy.

Inwestuję w rzeczy typu basic i ponadczasowe klasyki.
Tej zasady nauczyła mnie moja mama, która zawsze powtarza, że lepiej kupić jeden droższy T-shirt wykonany z dobrej jakości bawełny niż pięć byle jakich. Co więcej, skompletowanie bazy bardzo ułatwia sprawę. Biały tshirt, dobrze skrojone jeansy, czarne rurki, trencz czy skórzana ramoneska to tylko jedne z wielu rzeczy, które, moim zdaniem, powinny znaleźć się w szafie każdej kobiety.

Przymierzając ubranie w sklepie, w głowie tworzę sobie co najmniej trzy zestawy z daną rzeczą.
Ta zasada weszła mi już tak bardzo nawyk, że patrząc nawet jakieś ubranie na wystawie od razu w głowie zastanawiam się z czym mogłabym to połączyć i na jaką okazję założyć. Unikam jednak tworzenia zestawów z rzeczami, których na obecną chwilę nie ma w mojej szafie.

Nie popadam w wir wyprzedaży.
Każdy z nas zna scenę z jakiegoś amerykańskiego filmu, gdzie kobieta wychodząc z centrum handlowego w czasie wyprzedaży obładowana jest milionem toreb. Wiele kobiet stosuj to w życiu codziennym, co moim zdaniem jest dużym błędem. Kupujemy nie patrząc czasami na to czy dana rzecz nam się podoba czy nie, czy jest praktyczna i czy pasuje do naszych pozostałych ubrań, bo przecież przecenili ją o 70%! Przecież żal nie skorzystać z takiej okazji. Nie twierdzę, że wyprzedaże są złe i całkowicie należy z nich zrezygnować, ale trzeba podejść do tego tematu z głową. Szukam tam jedynie rzeczy dobrych jakościowo i takich, które w 100% mi się podobają.

Małymi krokami porządkuję szafę.
To najtrudniejszy element całego procesu. Mam trudność z rozstawaniem się z czymkolwiek, dlatego oddawanie czy wyrzucanie ubrań przychodzi mi z ogromną trudnością, ale pracuję nad tym.

PS. Wszystko co napisałam to moja własna interpretacja filozofii slow fashion. A i jeszcze jedno – spokojnie, nie zostanę blogerką modową! :D