Z życia miłośnika książek

Mojej mamie zawdzięczam wiele rzeczy – to, że nauczyła mnie gotować (a przynajmniej wciąż próbuję), pokazała mi, że zdanie innychnie jest najważniejsze, a plecenie wianków da się opanować w kilka minut. Choć najbardziej jestem jej wdzięczna, że zaraziła mnie pasją do czytania książek.

Bardzo mnie cieszy, że coraz więcej osób sięga po książki. W komunikacji miejskiej zaobserwowałam, że prawie co druga osoba coś tam sobie czyta. Wiadomo, książka pod pachą zawsze dodaje intelektu – pozornego, ale jednak. Stało się to swojego rodzaju modą i bardzo dobrze. Takie trendy to ja rozumiem. Dzisiaj natomiast spisałam kilka kwestii, które dotyczą każdego miłośnika książek. No dobra, nie wiem czy każdego, ale mnie na pewno.

Są takie książki, które krzyczą by je przeczytać. Jak najszybciej. Najlepiej w jeden wieczór.

Są takie książki, które pochłania się w dwa dni albo w jeden wieczór. Ewentualnie w jedną noc. Kiedy dojdzie się do ostatniej strony, w głowie pojawia się przerażająca myśl „co dalej? ale jak to? koniec? co z moim życiem?”. Tak, miewam takie problemy. Wtedy z nadzieją liczę, że inne książki tego autora są równie ciekawe albo przez pół dnia rozmyślam o tym, jak okropny jest ten pisarz, bo nie napisał kolejnej części albo chociaż nie pokusił się o napisanie innej książki. Choć i tak najgorsze jest, gdy autor nie wyjaśni jakiegoś wątku, zostawi coś bez odpowiedzi. O, wtedy to się nie lubimy. Jak można tak potraktować czytelnika? Nie dość, że kupiłam ową książkę to jeszcze muszę zmagać się z takimi niespodziankami. Okrucieństwo i podłość w czystej postaci.

Wszyscy się zachwycają, a mi jest trudno dobrnąć nawet do połowy.

Nie lubię też, kiedy moje oczekiwania do książki mają się nijak do rzeczywistości. Wszyscy zachwycają się ową pozycją, więc po nią sięgam i z każdą kolejną kartką zadaje sobie jedno, podstawowe pytanie „Czy przeczytałam już wystarczająco dużo by powiedzieć, że jest beznadziejna?”. Wtedy sprawdzam czy dotrwałam chociaż do połowy, jeśli tak to dalej się nie męczę. Już się przyzwyczaiłam, że bardzo często nie podzielam gustu połowy społeczeństwa i dlatego nie rzucam się na książki ustawione na głównej półce w Empiku.

Książki poprawne.

Zastanawiam się, czy jest sens czytać książki, które są po proste dobre, poprawne. Jakoś się je czyta, mają jakąś tam fabułę, jakiś tam bohaterów. I te „jakoś tam” czuć. Bardzo to czuć. Wtedy toczę poważną walkę czy brnąć dalej czy może dać sobie spokój. Moja wrodzona konsekwencja nie daje za wygraną – może się rozkręci, przecież jakoś idzie. Ale ostateczna decyzja zapada po argumencie – jak zaczęłaś to skończ. I wtedy tak sobie czytam. Czasami się to opłaca, a czasami nie. No życie.

Lektury są największym ciężarem miłośnika książek.

To okropne uczucie, kiedy na półce powiększa się stos pod tytułem „do przeczytania kiedyś, może w 2025 roku się uda”, a Ty właśnie nawiązujesz romans z „Weselem”. To wcale nie jest miła relacja. Wręcz przeciwnie. Z całym szacunkiem dla pana Wyspiańskiego – nie wątpię w jego dorobek artystyczny, broń Boże, ale po prostu czytanie tego dzieła było dla mnie koszmarem. Tak samo było z „Chłopami” – niestety nie udało mi się przebrnąć do końca. A  naprawdę próbowałam i bardzo chciałam. Choć oczywiście były takie lektury, które uwielbiam, jak na przykład „Lalka” czy „Zbrodnia i kara”. Oj tak, Dostojewski to mój mistrz. A jeśli chodzi o Izabelę to miałam ją ochotę udusić już na początku drugiego tomu. Nie wgłębiajmy się jednak w ten temat, bo owa bohaterka jak żadna inna, wzbudza we mnie całą gamę emocji. Niekoniecznie pozytywnych.

Chciałabym kiedyś napisać własną książkę.

Nie wiem jeszcze o czym, nie wiem też kiedy. Jako dziecka pisałam wiele książek, żadnych niestety nie kończyłam. Mam nadzieję, że kiedyś nastanie taki dzień, że dopadnie mnie wena i książka powstanie tak po prostu. W przypływie chwili. Nie, dobra, stop. Wena jest zdradliwa i kompletnie nie można na niej polegać. Na przykład zabierając się za tego posta, kompletnie nie miałam pomysłu. Kiedy tylko zaczęłam robić się głodna to palce jak oszalałe zaczęły biegać po klawiaturze i w kilkanaście minut napisały tego posta. Dlatego idę coś zjeść, bo to już chyba koniec. W każdym razie książka powstanie. Wierzę, że wena zacznie ze mną współpracować.