Miasto masek

Maj to miesiąc, kiedy w kalendarzu licealisty robi się trochę luźniej i można odetchnąć od natłoku szkolnych obowiązków. Jedynie czas maturzystów przepełniony jest nauką – teoretycznie. Mnie do matury zostały jeszcze dwa lata, więc mogę cieszyć się urokami wolnego czasu.

Planowanie majówkowego wyjazdu było dość burzliwe. Przede wszystkim, razem z tatą zaczęliśmy myśleć o tym półtora tygodnia wcześniej. Kiedy już znaleźliśmy korzystne bilety okazało się, że ta konkretna linia lotnicza strajkuje i korzystanie z ich usług
w najbliższym czasie mogłoby być dość ryzykowne. Postanowiliśmy, więc pojechać gdzieś samochodem. Padło na Wenecję!
W trakcie planowania, wpadliśmy na pomysł aby odwiedzić również  Weronę, która znajduje się około 150 km dalej. Jeśli jesteśmy już samochodem, to co nam szkodzi?

Do Włoch jechaliśmy około 15 godzin z trzygodzinnym postojem na sen. Podróż była komfortowa (może dla portfela taty niekoniecznie), ponieważ właściwie cały czas poruszaliśmy się po autostradach.

Nasz hotel nie znajdował się w centrum Wenecji, tylko na wyspie Lido – 10 minut od Wenecji statkiem. Zdziwiło mnie, że tam statki funkcjonują jak tramwaje u nas – w Warszawie. Odpływają co kilka minut, na różne wyspy. Można wykupić bilet kilkugodzinny, kilkudniowy, a nawet miesięczny. Dla turystów to bardzo atrakcyjna forma transportu. Ze statku można podziwiać niebywałe zachody słońca. Dla  okolicznych mieszkańców natomiast jest już chyba codziennością i nie sprawia tak wielkiej przyjemności.

Mimo iż trafiliśmy na pochmurną, a czasami nawet deszczową pogodę, Wenecja  nie przestawała zachwycać. Kanały i gondole – znaki rozpoznawcze tego miasta to zdecydowanie coś niespotykanego. Rozbawiło nas, że gondole i łódki to tutaj jedyna forma transportu. Oprócz turystycznych gondol, równie często spotykaliśmy łódki dostarczające towar do sklepów czy zaopatrzenie do restauracji. Co więcej, kanały wodne są tam traktowane niczym u nas jezdnie – ruch organizują znaki, chyba w tym przypadku niedrogowe, a wodne.

Z powodu dość ograniczonego czasu, nie zwiedzaliśmy żadnych budowli wewnątrz, gdyż kolejki były bardzo długie. Teraz zastanawiam się jak musi to wyglądać w czasie sezonu, kiedy to miejsce roi się od turystów. Mimo wszystko, spacer po mieście jako forma zwiedzania bardzo mi odpowiada. Odwiedziliśmy obowiązkowe punkty tj. Plac Santa Marco, Zatokę oraz przepłynęliśmy przez Canal Grande. Pewnego razu zagłębiliśmy się w zakątki prawdziwej Wenecji, czyli tam gdzie mieszkają Włosi. Uwierzcie, to był niesamowity widok  – przechadzać się wąskimi, cichymi uliczkami, z dala od tłumu turystów. Słychać było bawiące się dzieci i odgłos domowego życia dobiegający z budynków. Pomyślałam wtedy, że zabawa w chowanego pomiędzy tymi uliczkami musi dawać niezłą radość. Pamiętajcie, że klimat danego miasta poczujecie właśnie w takich miejscach – gdzie będziecie mogli zaobserwować chwilę z codziennego życia mieszkańców. A najlepsze jedzenie zjecie w restauracji odwiedzanej przez tamtejszych mieszkańców.

Wenecja to miejsce przyciągające przez swoją inność. To jedyne miejsce w Europie (choć „Mała Wenecja” znajduje się również w Holandii), gdzie najpowszechniejszym środkiem transportu jest łódka, a do niektórych budynków można dostać się jedynie drogą wodną. Mam wrażenie jednak, że będąc tam dłużej przyzwyczaiłabym się do widoku stojącej na wodnych światłach gondoli i straciłoby to swój urok. Ciekawe, jak czują się ludzie mieszkający tam od dziecka? Jak w ich oczach wygląda Wenecja? Następnym razem zapytam, następnym – bo na pewno tam wrócę.

Potem udaliśmy się do Werony. Tam pogoda dopisała nam w stu procentach. Słońce i bezchmurne niebo. Poranna kawa
z widokiem na panoramę miasta była idealnym rozpoczęciem dnia. Oprócz spacerowania po brukowych uliczkach i delektowania się przepysznymi, włoskimi lodami zwiedziliśmy kilka kultowych i znanych miejsc.

Pierwszym dziełem Szekspira, które przeczytałam było „Romeo i Julia” i dlatego, z powodu ogromnego sentymentu do tego dramatu bardzo chciałam odwiedzić to kultowe miejsca – balkon Julii. Uniwersalność i wciąż ogromna aktualność jego twórczości ujmuje mnie za każdym razem, gdy zagłębiam się w jego kolejny dramat. Z tego powodu, nie mogłam przejść obojętnie balkonu Julii. Mimo tłumu i świadomości, że to tylko wymyślone miejsce spotkań tej pary ukochanych – byłam szczęśliwa. Kiedy weszłam na ten balkon, poczułam się jak prawdziwa Julia czekająca na swojego Romeo! Wychodząc z dziedzica, na którym znajdował się balkon, znajdowały się dwie ściany, na których zakochani wypisywali swoje wyznania miłosne. Ich ilość była zdumiewająca.

Odwiedziliśmy również Amfitear w Weronie – trzeci co do wielkości po Koloseum i amfiteatrze w Kapui. Bilety drogie, a atrakcja… mało zachwycająca. Wnętrzu budowli odebrały urok metalowe fotele i nowoczesna scena ustawiona na środku. Byliśmy bardzo zawiedzeni.

Następnego dnia udaliśmy się nad jezioro Garda położone około 40 kilometrów od Werony. Lago di Garda to najczystsze
i największe jezioro tego kraju. Widok był zdumiewający – lazurowa woda i góry w oddali. Jednak najbardziej ucieszył nas brak turystów i tym samym błoga cisza.

Wenecję i Weronę mogę dopisać do mojej listy miejsc, które mnie urzekły. Wąskie uliczki, pyszne jedzenie i włoski klimat sprawiły, że zapamiętam ten wyjazd na bardzo długo.

thumb__DSC1269_1024

thumb__DSC1147_1024

thumb__DSC1220_1024

„Ciekawe, jak czują się ludzie mieszkający tam od dziecka? Jak w ich oczach wygląda Wenecja? Następnym razem zapytam, następnym – bo na pewno tam wrócę. „

Czekałam, ale Romeo najwidoczniej się spóźnił...

Czekałam, ale Romeo najwidoczniej się spóźnił…

thumb__DSC2095_1024

Panorama Werony na żywo była jeszcze piękniejsza!

_DSC1968

Lago di Garda

_DSC2015

_DSC1654

Plaża na wyspie Lido była cała pokryta muszelkami. Widok był zdumiewający.