#USAtrip – miasta, które odwiedziłam

Trzy tygodnie, przejechane pięć tysięcy kilometrów, odwiedzone osiem miast, cztery parki narodowe i zrobione ponad trzy tysięce zdjęć – tak w skrócie mogłabym opisać moją, jak dotąd najdłuższą, podróż w życiu. Jeśli mnie trochę znacie to wiecie, że  skrótowych opowieści tutaj nie doświadczycie. Dzisiaj o tym, czym mój Instagram żył przez ostatni czas. Pozdrawiam przy okazji wszystkich moich obserwatorów, tfu, znajomych, bo przecież tylko oni mnie obserwują (cały czas zapominam, że jestem blogerką piszącą dla dwóch czytelników), którzy wytrwale oglądali, komentowali i pisali do mnie! I wcale nie pisali: „Skończ już”, tylko „Więcej, więcej”. Spełniając zatem Wasze prośby postanowiłam napisać o tym, co widziałam, co polubiłam, a co kompletnie mi się nie spodobało. W związku z tym, że mam Wam bardzo dużo do powiedzenia, opublikuję kilka postów. Dzisiaj na pierwszy ogień idą… miasta, które zupełnie nie wyglądają tak jak na filmach.

San Francisco.
Zdecydowanie najpiękniejsze i najciekawsze. Wzniesienia, na których znajduje się miasto, to niezła atrakcja, szczególnie kiedy trzeba po nich jeździć autem albo parkować, co czasami wzbudzało we mnie niepokój. Słynny punkt rozpoznawczy miasta, czyli Golden Bridge jest ładny, ale tylko kiedy się na niego patrzy z punktu widokowego, dla osoby, która na nim stoi wygląda po prostu… jak most, czyli nic szczególnego. Nie można jednak odmówić mu uroku, kiedy stanowi tło do zdjęć. My akurat byliśmy na Baker Beach, skąd było go widać doskonale. Plaża również była piękna – szeroka i piaszczysta. Mimo tego, że okropnie wiało to naprawdę chętnie bym tam wróciła. Udaliśmy się także do biznesowej dzielnicy SF, która jest dobrym miejsce na krótki spacer, ale poza natłokiem wieżowców, mężczyzn ubranych w garnitury i drogich samochodów nie ma tam zbyt wielu atrakcji. Jeden dzień poświęciliśmy również na zwiedzenie Alcatraz – słynnego więzienia na wyspie. Było całkiem ciekawie, aczkolwiek mój tata był bardziej zainteresowany tym tematem niż ja… 😉

 

Las Vegas.
Cóż ja Wam mogę powiedzieć o tym mieście? Tandeta, plastik, neony i mnóstwo reklam. W każdym hotelu znajduje się kasyno, przez które najczęściej należy przejść by dostać się do recepcji hotelu. My w naszym hotelu gdziekolwiek chcieliśmy się pójść – basen, restauracja czy sklep, musieliśmy przemierzyć całe kasyno.
Na głównej ulicy jest mnóstwo ludzi, większość z nich jest pijana.Paradują też prawie nagie panie, które za kilka dolców oferują możliwość zrobienia sobie z nimi zdjęciami. Na początku czułam lekką odrazę, niesmak wobec tego miejsca, a potem zrozumiałam, że o to tutaj chodzi – o zabawę i rozpustę. Nikogo nie dziwi pijany do nieprzytomności młody chłopak leżący na przystanku, zapach trawy, który czuć na każdym rogu czy szeroko otwarte drzwi do agencji towarzyskich. To po prostu Vegas. A to co było w Vegas, zostaje przecież w Vegas.

Los Angeles.
Kto był, ten wie, że to najbardziej przereklamowane miasto ever. Hollywood? Brzmi świetnie, ale w rzeczywistości to dzielnica, w której unosi się zapach moczu i pełno jest bezdomnych ludzi. W Venice natomiast czuć trawę. Wszędzie. Choć akurat te miejsce oprócz tego małego mankamentu, jest naprawdę urocze i wygląda podobnie jak na filmach – palmy, chłopaki grający w kosza, jeżdżący na desce i oczywiście surferzy – nie byle jacy… Beverly Hills to chyba jedyna czysta dzielnica – piękne domy i niemożliwie drogie samochody. Po dwa albo trzy na każdym podjeździe. Gdybym miała wskazać miejsce, które zapamiętam najlepiej to zdecydowanie będą to plaże – piaszczyste, długie, szerokie, a słynny deptak pełen jest uśmiechniętych ludzi na rowerach i hulajnogach. Są prawie tak piękne jak nad Bałtykiem!
Nie mogę zapomnieć również o Universal Studios, które jest, moim zdaniem, największą, najciekawszą i jednocześnie najdroższą atrakcją w LA. Bilet dla jednej osoby kosztuje około 120 dolarów, więc przy większej rodzinie koszt jest dość spory. Na początku dość sceptycznie podchodziłam do tego miejsca i pełna wątpliwości wydawałam te kilkaset złotych, jednak… moi znajomi mieli rację! (Dzięki, Stasiek!) To jedne z najlepiej wydanych pieniędzy w trakcie całego wyjazdu. Ileż tam było śmiechu, adrenaliny i cudownych emocji! Spędziliśmy tam calutki dzień, od 9.30 do 20.00 i i tak nie zdążyliśmy skorzystać ze wszystkich atrakcji. Moim faworytem była część poświęcona Harremu Potterowi #harryforlife. Staliśmy godzinę by wejść do Hogwartu i właściwie to nie do końca wiedzieliśmy na co czekamy. Spodziewałam się, że będzie to po prostu zwiedzanie zamku od środka, ale całkowicie się myliłam! Kiedy już odczekaliśmy ten okropnie dłużący się czas, naszym oczom ukazały się  jeżdżące fotele, coś na kształt rollercoasterów. Obsługa nas zapięła i to był początek, czegoś co do dzisiaj na samą myśl sprawia, że mam ogromny uśmiech na twarzy. Kolejka wjechała w ciemną przestrzeń i zdecydowanie przyspieszyła. Nie umiem Wam wyjaśnić, w jaki sposób to działa

działa, ale dzięki specjalnym ekranom i szybkości rollercoastera mieliśmy wrażenie jakbyśmy grali w Quidditcha i o mało nie rozbili się o zamek albo walczyli ze smokami. Wywracano nas do góry, w dół, w bok. Do tego był kolorowy dym i woda. Mówię Wam – to było niesamowite przeżycie! Mimo tego, że mam już prawie dziewiętnaście lat to czułam się jak dziecko, które właśnie dostało list z Hogwartu i w końcu mogło poczuć klimat tego magicznego (dosłownie) miejsca. Oprócz tego, byliśmy również na rollercoasterze w Jurrasic Park, gdzie z dość stromego wzniesienia z całkowitego zaskoczenia wjeżdżało się do wody. Cały urok tych rollecoasterów polega na tym, że znajdują się one w zaciemnionym miejscu, więc nie widać kompletnie co czeka Cię za chwilę i dodaje potrójnych emocji. Pokaz kaskaderski czy pokaz efektów specjalnych, które stosuje się w filmach również był bardzo ciekawy. Przejechaliśmy się również po całym Universalu, co pozwoliło nam zobaczyć wszystkie scenografie filmowe, które faktycznie były wykorzystywane w filmach albo wielkie hale, gdzie nagrywa się np. amerykański The Voice. Mogłabym tak jeszcze opowiadać i opowiadać, ale najlepiej jest to przeżyć. Samemu. I jeśli tylko będziecie w LA – koniecznie odwiedźcie Universala. Ja z pewnością jeszcze nie raz tam zawitam.

 

 

Palm Springs.
Miasto słynące z festiwalu muzycznego Coachella i pięknych palm, które na tle gór i zachodu słońca wyglądają obłędnie. Do tego wszystkie budynki tej samej wysokości, równo przystrzyżone trawniki i spokój, co tworzy harmonijną całość. To właśnie brak tłoku, że tak bardzo mi się tam podobało. Z tych wszystkich miast, które opisałam to właśnie w Palm Springs zamieszkałabym najchętniej.

 

Odwiedziliśmy także Fresno, Bakersfield, Page Summerland – tam jedynie spaliśmy i traktowaliśmy je jako miejsca wypadowe do Parków Narodowych, a o nich będzie oddzielny wpis! 🙂

Informacje praktyczne:

  1. Bilety na Alcatraz czy do Universal Studio warto kupić przez internet, najlepiej z wyprzedzeniem. Są lepsze ceny (Universal) i większy wybór dat (Alcatraz).
  2. Ceny hoteli w SF i LA są nieziemsko wysokie. My akurat nie mieliśmy żadnych niespodzianek i wszystkie apartamenty czy hotele były naprawdę spoko, więc gdybyście potrzebowali piszcie w prywatnych wiadomościach to z chęcią podzielę się dokładniejszymi informacjami.
  3. Samochód w miastach jest niezbędny, ponieważ czasami trzeba pokonać kilkanaście albo nawet kilkadziesiąt kilometrów by dostać się z jednej dzielnicy do drugiej. Wypożyczenie auta nie jest drogą sprawą w porównaniu do tego ile płaci się w Europie. Jeśli chodzi o komunikację miejską to jedynie raz jechałam metrem w LA by dostać się do Universal, ponieważ z naszego hotelu to były jedynie dwie stacje. Parking w Universal kosztuje aż 25$.
  4. Najlepszy punkt widokowy z Hollywood Sign to Mulholland Highway. Polecam wjechać samochodem na samą górę. My oczywiście tego nie zrobiliśmy i musieliśmy się wspinać ze dwa kilometry w pełnym słońcu…
  5. Odwiedziliśmy aż cztery outlety (no gdzie jak nie w Ameryce robić zakupy?):
    – San Francisco Premium Outlets (2774 Livermore Outlets Dr, Livermore, CA 94551)
    – Las Vegas South Premium Outlets (7400 S Las Vegas Blvd, Las Vegas, NV 89123)
    – Desert Hills Premium Outlets (48400 Seminole Dr, Cabazon, CA 92230) ok. 20 minut od Palm Springs
    – Citadel Outlets ( 100 Citadel Drive, Commerce, CA 90040) z Hollywood to ok. 40 minut w korkach
    Wszystkie były naprawdę spoko! Jeśli tylko macie możliwość zaplanujcie zakupy w tygodniu, bo będzie luźniej i spokojniej.

Jeśli ktoś chciałby zobaczyć więcej zdjęć to zapraszam na Instagram – tam jest sporo innych zarówno w galerii jak i zapisanych w relacji! 🙂