„The Crown” serialem wszechczasów?

Monarchia brytyjska fascynowała mnie, odkąd zaczęłam uczyć się angielskiego. Historia Diany została przeze mnie zgłębiona już dobre kilka lat, a zdjęcia Kate, Williama, małego Georga i uroczej Charlotte (nie przez przypadek nazwali ją Karolina… królewskie imię, wiadomo) zawsze wzbudzają moje zainteresowanie. Dlatego też pomyślałam, że serial „The Crown” może mnie zaciekawić. I miałam rację.

Otworzono bramy do życia prywatnego Elżbiety

Akcja serialu zaczyna się w 1947 roku, kiedy Elżbieta i Filip biorą ślub. Bardzo wystawny ślub, bo przecież to w końcu królewski ślub. Wszystko wyglądało jak w bajce – młoda dziewczyna, która kiedyś będzie królową, ale w tamtym momencie zupełnie o tym nie myśli i mąż, który bardzo ją kocha. Zrzekł się dla niej wszystkich obecnych tytułów, przeszedł na anglikanizm a po koronacji Elżbiety przyjął nazwisko Windsor, co sprawiło mu chyba największą trudność. Potem, na świat przychodzi dwójka ich dzieci, co uzupełnia sielankę. Niestety niedługo po tym umiera Jerzy VI, więc na tron wstępuję Elżbieta. Niedoświadczona, zagubiona niczym dziecko, którym swobodnie wszyscy manipulują. Tak właśnie w pierwszych odcinkach rysuje się fabuła opowiadająca o trudach, z jakimi musiała zmierzyć się monarchia w niebywale trudnych czasach dla Wielkiej Brytanii. O walce nowoczesności z zakorzenionymi tradycjami, do których przywiązanie w tamtych czasach było ogromne. Świadczy chociażby o tym zaciekła i wytrwała walka Filipa z całą rodziną królewską o transmitowanie koronacji w telewizji. To był przełom. Dopuścić zwykłych ludzi do tak niezwykłych, wręcz świętych wydarzeń. Oprócz faktów historycznych, które zostały wiernie ukazane, dostajemy przepustkę do życia prywatnego. To już tylko wynik domysłów produkcji, jednak wszystko przybiera absolutnie realistyczny charakter.

100 milionów funtów nie poszło na marne

Serial zachwyca swoim perfekcjonizmem w każdym calu. Wszystko jest dopracowane w najmniejszym szczególe. Taki był zamysł reżysera – oddać tamtą rzeczywistość. Udało się. Uszyto ponad 300 kostiumów dla głównych bohaterów i do tego kilkaset dla statystów. Wiele ubrań księżniczki Małgorzaty, siostry Elżbiety stworzono na podstawie jej oryginalnych projektów. Pałac Buckingham wiernie imitowały wnętrza pałacu Lancaster House, przy ulicy Pall Mall w centrum Londynu, a plenery kręcono miedzy innymi w Szkocji i RPA. Aktorzy wiele godzin  pracowali ze specjalistami od wymowy. John Lightow (serialowy W. Churchill) wkładał nawet watę do nozdrzy by oddać charakterystyczny sposób mówienia Churchilla. Zresztą to postać, która najbardziej intryguje mnie w całym serialu. Z jednej strony, stanowczy i bezwzględny wobec młodej i zagubionej Elżbiety, z drugiej stary i schorowany człowiek, który za wszelką cenę chcę zatrzymać władzę. Claire Foy (Elżbieta II) grała fenomenalnie. Wyważona i opanowana, ułożona i odpowiedzialna. Niczym prawdziwa królowa. Co ciekawe, podczas kręcenia serialu Claire była młodą mamą i trzeba było uwzględnić jej harmonogram… karmienia piersią. Nie ma się jednak co dziwić, Netflix wydał na całą produkcję ponad 100 milionów funtów, co widać i słychać. Opłacało się.

Czy Elżbieta II jest taka miła i skromna w rzeczywistości?

Elżbieta pokazana jest przede wszystkim jako królowa, ale także  jako żona, siostra, córka i matka.  Brakowało mi jednak ukazania jak królowa połączyła obowiązki głowy państwa z rodzicielskimi obowiązkami. To dosyć ciekawa i istotna kwestia. Mam również wątpliwości do tego, czy królowa faktycznie była taka miła, przyjacielska i skromna. Choć trudno nie czuć się lepszą, kiedy służba  zdejmuje z ciebie nawet ubrania. Tak, to prawda… Czytając biografię Diany, pisaną na podstawie jej listów, miałam wrażenie, że Elżbieta to raczej zimna, zdystansowana kobieta mająca świadomość swojej pozycji i wyraźnie to akcentująca. W serialu zupełnie tego nie widać.

Dopracowane kostiumy, nienaganna gra aktorska, perfekcyjnie dobrana scenografia, a przede wszystkim ciekawa i prawdziwa historia to powody, dla których warto obejrzeć „The Crown”. Jego przewaga nad większością seriali to to, że można się z niego czegoś nauczyć. Poza tym, muzykę stworzył Hans Zimmer, a ona zawsze jest bezbłędna.

Monarchia brytyjska to znak popkultury, symbol Wielkiej Brytanii. Wzbudza takie emocje wśród ludzi, ponieważ jest czymś nadzwyczajnym, innym, a wręcz dziwnym. Bo kto przy przystawce powinien rozmawiać z sąsiadem z prawej strony, przy głównym daniu – z tym po lewej, a przy deserze z obydwoma? No właśnie, chyba nikt.