Wywiad z Arleną Witt, część 1

Biegnę. Toczę walkę z bramką w metrze, które ewidentnie nie chce ze mną współpracować. Potem, wpatrzona w ekran telefonu, biegnę w kierunku kawiarni. Według Google Maps to dobry kierunek. W rzeczywistości okazuje się, że idę w zupełnie przeciwną stronę. „No nie, co ze mnie za dziennikarka. Przecież ona mnie poszatkuje na kawałki. Zero profesjonalizmu!” właśnie te słowa dudniły mi w głowie, kiedy zagubiona i nieźle spóźniona próbowałam znaleźć miejsce spotkania z Arleną Witt. W końcu, spocona, zdyszana, wpadam do bistro i rozglądam się. Uśmiechnięta, z książką w ręku, wita mnie, mówiąc, że nie mam się czym przejmować, bo ona spóźnia się cały czas. Ale i tak chciałam zapaść się pod ziemię. Przynajmniej na początku, bo potem rozmawiało się naprawdę bardzo miło!

 

Pewnie myślisz, że zapytam Cię teraz, skąd pomysł na kanał. Owszem, zapytam Cię o to, ale potem. Teraz jednak powiedz mi, kiedy kolejny przegląd miłych komentarzy na Snapie!

Oj nie wiem, nie wiem. (śmiech) Te przeglądy wrzucam, mniej więcej, raz w miesiącu. Może to jest trochę za rzadko? Te najfajniejsze komentarze kopiuję na specjalną listę i jak mi się trochę nazbiera, to wtedy je czytam. Nie sądziłam, że to będzie taki popularny kanał na moim Snapie!

Tutaj warto wspomnieć o tym, że na Twoim kanale nie ma hejtu. Dlaczego?

Hejt jest, tylko w małej ilości. To wynika z kilku rzeczy. Po pierwsze, kontroluję to. Przez to, że ja sama siebie czasami hejtuję, tak żartobliwie, to wytrąca ludziom broń z ręki. Oni nie mogą mi już powiedzieć czegoś przykrego, bo sama sobie już to powiedziałam. Po drugie, widząc, że czytam komentarze i na nie odpowiadam, taki hejter wie, że ja to przeczytam, a nawet być może się do tego odniosę i odpowiem w taki sposób, jaki on nie chce. Zdarza mi się odpisać, może nie agresywnie, ponieważ staram się nie używać przemocy nawet w Internecie, ale w taki sposób, żeby komuś poszło w pięty. Nie każdy jest gotowy na taką rozmowę. On napisze ten hejt i potem już nie wie, co może dalej z tym zrobić. Szczególnie, że hejty są nielogiczne i nierozsądne. Hejter nie odnosi się do konkretnego zdania, które ja wypowiedziałam, nie wytacza mi merytorycznych argumentów, tylko rzuca żółcią. A ja reaguję w sposób spokojny, którego on się nie spodziewa, w sposób miły, którego on nie chce. Przecież on nie chce, żeby być dla niego miłym, bo on tu przyszedł się pobić, a ja nie chcę się bić. No więc o co tu chodzi?!
Poza tym, nie wiem, czy wiedzą o tym moi widzowie, ale mnie hejt nie rusza. Jeżeli ktoś napisze mi coś niemiłego, to wiem, że wynika to z jego frustracji, zazdrości, chęci zwrócenia na siebie uwagi albo z braku zrozumienia. A może z powodu silnych emocji, których on nie może kontrolować. Wiem, że jeśli ktoś napisze mi, że jestem głupia, to wcale nie znaczy, że tak jest.
Hejt mnie rozśmiesza, spływa po mnie, po prostu na mnie nie działa, a jeśli nie działa, to po co go pisać?

Jasne, masz rację. Nie uważasz, że zależy to również od tego, kto jest Twoim odbiorcą. Tworzysz wartościowe filmiki, które oglądają osoby chcące się czegoś nauczyć. To nieco inna grupa widzów niż ci śledzący zabawne filmiki, które nie wnoszą nic ciekawego do życia.

Owszem, zgadzam się. Mój kanał oglądają osoby inteligentne, które lubią się uczyć i chcą to robić. Przez to, że moje filmiki nie są głupotami, więc nie można im zarzucić, że są głupie, żenujące albo nieśmieszne. Moje filmiki nie do tego służą – albo się czegoś dowiesz, albo cię to nie interesuje i to wyłączysz. Nie ma za bardzo czego hejtować. Najwięcej nienawistnych komentarzy spotkało mnie pod odcinkiem, w którym użyłam piosenki Justina Biebera, gdyż on wywołuje ogólnie ogromną falę hejtu. Panuje przeświadczenie, że każdy, kto słucha Justina Biebera, jest złym człowiekiem, więc trzeba go zhejtować. To jest błędne myślenie. Można słuchać czego się tylko chce i nie ma w tym nic złego. To, że ktoś go słucha, nie oznacza, że jest głupszy od kogoś, kto słucha Mozarta. Poza tym to, że użyłam wstawki z jego piosenki, nie oznacza, że jestem jego fanką. Ten utwór ma służyć jako przykład.

Czy robiąc kanał, realizujesz jednocześnie swoją misję pedagogiczną?

Tak, ja chcę zmieniać świat.

I to w trakcie pracy w szkole dostrzegłaś, że jest co zmieniać? Kiedyś czytałam Twój komentarz w Internecie na temat polskiej matury, w którym nie wykazałaś ogromnego entuzjazmu do polskiego systemu edukacji. 

Tak, i dalej uważam, że jest źle.

A masz pomysł, jak to zmienić?

Oczywiście, że mam, ale nikt nie chce mnie słuchać, bo moje pomysły są zbyt radykalne i prawie wszystko trzeba by było zrewolucjonizować. Poza tym, nie mam też pomysłu na całość. Nie mogłabym zostać teraz ministrem edukacji, który napisze cały system od nowa. Do tego jest potrzebna praca wielu ludzi, którzy mają inne doświadczenie niż ja, jednak mimo wszystko uważam, że mnóstwo rzeczy wymaga zmian. Jest za dużo przedmiotów, które są niepotrzebne w szkole lub które są potrzebne, ale tylko na początkowym etapie. Moim zdaniem jest zła proporcja, jeśli chodzi o liczbę przedmiotów czy liczbę lekcji konkretnego przedmiotu. Są słabe warunki w szkołach, np. jeśli chodzi o zajęcia z WF-u. Minusów jest mnóstwo. Wynika to z faktu, że szkoła to bardzo stary wynalazek. Formuła, w jakiej funkcjonuje ona dzisiaj, została wymyślona w XIX wieku. To był czas, kiedy następowała rewolucja technologiczna. Wtedy potrzebowano ludzi, którzy umieją czytać i pisać. Wiadomo, trzeba się uczyć ojczystego języka i to się nigdy nie zmieni, ale stawiano na rozwój matematyki, fizyki – przedmiotów technicznych.
Moim zdaniem matematyka w tej formie, jaką mamy obecnie w szkole podstawowej, jest absolutnie wystarczająca dla rozwoju przeciętnego człowieka. W krajach zachodnich matematyka na poziomie, który u nas jest w szkole podstawowej, jest nauczana również w szkołach średnich i nikomu nie są potrzebne funkcje trygonometryczne, całki czy granice. Nawet już nie pamiętam tych wszystkich terminów. To pokazuje, jak bardzo mi jest to potrzebne.
Co więcej, nie ma wystarczającej ilości przedmiotów kreatywnych, które są konieczne, a ich sposób prowadzenia zostawia wiele do życzenia. Bardzo chciałabym, żeby był taki przedmiot jak występowanie publiczne, żeby uczyć się mówić do ludzi, albo występowanie przed kamerą, pozowanie do zdjęć. Młodzież myśli, że robienie sobie selfie to już pozowanie do zdjęć, a to nie jest to samo. Nie ma w ogóle komunikacji, psychologii. Dlaczego nie uczy się tańczyć? Na WF-ie trzeba robić przewroty i przysiady, zamiast uczyć się tańczyć. Przychodząc na studniówkę, młody człowiek umie zrobić tylko trzy kroki poloneza, wstydzi się poprosić dziewczynę do tańca, bo nie umie tego robić. Takie lekcje pomogłyby wpłynąć na to, by młodzież lepiej ze sobą funkcjonowała.

Przecież takie zajęcia z tańca to nie jest szalenie skomplikowana sprawa. Nauczyciele WF-u – gdyby tylko chcieli – mogliby to zorganizować. Po 10 latach w szkole stwierdzam jednak, że im się nie chce. Coraz rzadziej spotyka się nauczycieli z pasją…

Większość nauczycieli, których ja spotkałam, nie są nauczycielami z powołania. Wynika to np. z decyzji życiowych podjętych drogą eliminacji lub ze zmęczenia, wypalenia, które nastąpiło bardzo szybko i demobilizuje te osoby. Ten zawód jest również dość wygodny. Jeśli uczymy jakiegoś przedmiotu, który nie wymaga od nas ciągłego rozwoju, tylko co roku realizujemy ten sam program – mówię tutaj o fizyce, geografii, biologii, matematyce, chemii – to taki nauczyciel robi to wtedy od niechcenia, najczęściej nie jest nieprzygotowany, bo przecież mówi to samo co roku. Takie przedmioty się nie zmieniają, bo kwas zawsze będzie kwasem. Taki nauczyciel powie wszystko, co miał powiedzieć, weźmie pieniądze i jest mu wszystko jedno, czy uczniowie cokolwiek rozumieją. Nie mówiąc już o tym, że taki nauczyciel nie zainspiruje tej młodzieży do zrobienia czegoś więcej, nie pokaże im, jak samemu szukać wiedzy. Nie zostają spełnione te wszystkie wyższe potrzeby ucznia. Młodzież szuka wśród dorosłych tych, z którymi łatwiej będzie im się porozumieć niż z rodzicem, który być może cały czas wrzeszczy i ma pretensje. Młodzież szuka, cały czas szuka. Nie wie, jak rozwiązać swoje problemy, które wydają się im największe na świecie i słusznie, bo one na tym etapie są największe na świecie. W takiej sytuacji mogliby zapytać o radę nauczyciela, osobę zaledwie o 10, 15 lat starszą, która zna odpowiedzi na te wszystkie pytania, ale nie można tego zrobić, bo są jacyś dziwni, starzy…

Dlaczego w krajach skandynawskich ogromna część społeczeństwa mówi niezwykle płynnie po angielsku, a w Polsce mimo kilkunastoletniej nauki w szkole Polacy tego nie umieją? Gdzie tkwi problem?

W szkole nie uczy się mówić, nie zwraca się uwagi na poprawną wymowę, więc uczniowie uważają, że mówienie nie jest ważną częścią języka. I są w ogromnym błędzie!

Pamiętam, jak kiedyś w podstawówce zapytałam moją nauczycielkę, dlaczego nie pokazuje, jak poprawnie wymówić słowo „three”, a ona z grymasem na twarzy powiedziała, że za dużo czasu zajęłoby jej pokazanie każdemu z osobna poprawnej wymowy.

Ale ona od tego jest, żeby każdemu z osobna pokazać poprawną wymowę! Witamy w świecie Twojego zawodu, kobieto! (śmiech)

To trochę przykre…

To jest przykre, ale to wynika z niedoedukowania tych nauczycieli, bo ich też nikt w ten sposób nie uczył. Wiesz, Twoja mama popełnia te same błędy co Twoja babcia – to mniej więcej tak działa. A po drugie, lenistwo odgrywa tutaj również ważną rolę. O wiele łatwiej jest rozkazać zrobienie jakiegoś ćwiczenia, a potem sprawdzenie go niż poświęcić całą lekcje na ćwiczenie wymowy. Już nie chodzi o wymawianie jakiś konkretnych dźwięków, bo ich jest ograniczona liczba i można się tego nauczyć w trakcie miesiąca, ale chodzi mi raczej o mówienie po angielsku. Trzeba tak zorganizować zajęcia, żeby uczniowie zajęli się konwersacją. Można rozmawiać z całą klasą, ale to z punktu widzenia nauczyciela nie jest efektywne, bo mówi tylko jeden uczeń. W takiej sytuacji można podzielić klasę na mniejsze grupy, co wymaga od nauczyciela zaangażowania. Wtedy ma obowiązek podejść do wszystkich i chociaż przez chwilę posłuchać albo nawet dołączyć się do tej rozmowy. Jak sama widzisz, to wymaga wysiłku i pracy. A nauczyciele to taka rasa, która lubi po prostu siedzieć, nie?

Zgadzam się, ale bardzo często lekcje odbywają się w trzydziestoosobowej klasie i nauczyciel nie ma możliwości poprowadzić zajęć w ten sposób.

No coś Ty, oczywiście, że się da. Nawet w grupie, gdzie jest dwieście osób, się da. Dzielisz ich na czteroosobowe grupy, wypisujesz na tablicy pytania albo rzucasz jakiś temat i niech gadają. Jak im się znudzi, to ich mieszasz albo zmieniasz temat. Wtedy chodzisz między tymi grupkami i się przysłuchujesz, rozmawiasz razem z nimi. Po pierwsze, takie ćwiczenia uczą komunikacji, rozmawiania ze sobą, słuchania siebie. Każdy z nich ćwiczy wymowę angielską i każdy coś robi. Tak się powinno uczyć języka. Myślę, że w krajach skandynawskich tak dobrze mówią po angielsku, bo po prostu mówią, a nie w kółko wypełniają tysiące ćwiczeń, które są bardzo mało efektywne. Uczenie się przez pięć lat tego samego czasu nie sprawi, że będziemy mówić płynnie po angielsku!

Dzisiaj można się otaczać angielskim właściwie non-stop – czytać anglojęzyczne portale internetowe, oglądać angielskie stacje telewizyjne i filmy, a ludzie wciąż tego nie robią. Dlaczego?

Właśnie dlatego, że można. Nie zdają sobie sprawy, jakie to jest cenne. Jak czegoś masz dużo, to wydaje Ci się to naturalne i o to nie dbasz. Kiedy mieszkasz nad morzem, to nie chodzisz na plażę, bo możesz to zrobić w każdej chwili, więc tego nie robisz. Tu jest tak samo. Ja nie miałam dostępu do żadnych anglojęzycznych materiałów, więc każdy, który wpadł mi w rękę, był na wagę złota.

Dzięki oglądaniu filmów po angielsku można się nauczyć mówić, prawda?

Ja się właśnie tak nauczyłam. Gdyby nie to, umiałabym znacznie mniej albo umiałabym później. Chociaż takich rzeczy jak wymowa, nie można się nauczyć tak samo dobrze jak we wczesnym etapie życia. Jeśli nie zaczniemy uczyć się mówić przed dwunastym rokiem życia, to potem już nie będziemy w stanie mówić tak, żeby nasz akcent był zbliżony do brytyjskiego czy amerykańskiego. Dlatego z niektórymi rzeczami nie warto czekać!

Wybierałaś anglistykę z myślą, że będziesz należeć do tej bandy nudziarzy pracujących w szkole? 

Ja już wtedy wiedziałam, że nie będę typowym nauczycielem, bo czułam misję. Miałam pasję, czułam się po prostu jak superbohater, który teraz będzie nauczać!

Czyli to był świadomy wybór?

Oj tak, zdecydowanie! Idąc na studia, od dwóch lat już udzielałam korepetycji z angielskiego. Miałam już doświadczenie. Oczywiście, nie do końca wiedziałam, jak to robić. Wszystko wykonywałam dość intuicyjnie. Bardzo dobrą wskazówką było i nadal jest to, jak sama chciałabym być uczona. Staram się być takim nauczycielem, jakiego sama chciałabym mieć.
Potem uczyłam się na błędach. Widziałam, że ten sposób tłumaczenia działa bardziej, a inny mniej. Uczelnia i studia nie pokazują, jak być nauczycielem. One tylko przekazują wiedzę. Tak naprawdę pierwsze starcie z byciem nauczycielem to pierwsza lekcja, którą należy przeprowadzić. Dopiero wtedy można dowiedzieć się, jak to nam wychodzi.
Tutaj bardzo przydaje się umiejętność występowania przed publicznością. Nasza publiczność to te 30 osób siedzących w ławkach, a my musimy skupić ich uwagę na sobie. Potrzebna jest osobowość i charyzma. Ale najważniejszy jest entuzjazm i chęci. Jeśli nie chcesz czegoś robić, to nigdy nie zrobisz tego dobrze. W moim ulubionym serialu „Przyjaciele” Rachel nie chciała być kelnerką i wiedziała, że wykonuje tę pracę źle, ale otwarcie przyznawała, że jej na tym nie zależy, więc się nie stara i jak tylko znajdzie coś ciekawszego, to stąd spada. I trzeba właśnie znaleźć sobie taką pracę, z której się nie będzie chciało spadać.

I tak siedząc w szkole, zniechęcona całym systemem edukacji, powiedziałaś: „Okej, to ja stąd spadam i zaczynam robić kanał na YouTubie!”?

Oj nie, to zupełnie nie było tak. W szkole państwowej pracowałam bardzo krótko – tylko przez miesiąc, ponieważ cały system edukacji odebrał mi chęci do działania. W nim chodzi o wiele rzeczy, ale pomija jedną, bardzo ważną kwestię – naukę. Przez siedem lat uczyłam w szkole językowej i pracowałam z ludźmi, którzy faktycznie mieli chęci do zdobywania nowej wiedzy. Po jakimś czasie trochę mnie to zmęczyło, gdyż bardzo się angażowałam w te lekcje. Cały mój czas zajmowało mi robienie ćwiczeń i przygotowywanie się do lekcji. Potem szukałam pracy, która pozwoli mi przyjść do domu, włączyć telewizor i odpocząć. Bardzo tego potrzebowałam. Następna praca też mnie po pewnym czasie zmęczyła i ponownie wróciłam do uczenia, ale na zajęciach indywidualnych.
Z czasem zaczęłam zauważać, że są zagadnienia, z którymi wiele osób ma problem, albo dźwięki, które wiele osób wymawia niepoprawnie. Wtedy pomyślałam, że mogę mówić to raz, do większej publiczności i naprawić kilkaset błędów naraz – stwierdziłam, że to jest po prostu bardziej efektywne. To była moja motywacja przy tworzeniu „Po Cudzemu”.

Ale rozwiejmy te nieprawdziwe pogłoski, które krążą w Internecie, że „Po Cudzemu” zostało skopiowane z kanału Pauliny Mikuły „Mówiąc inaczej”.

Nie, nie, to nie jest pomysł skopiowany od Pauliny. Miałam już ten pomysł wcześniej, zanim Paulina stworzyła swój kanał. Kiedy obejrzałam jej pierwszy odcinek, byłam wkurzona, że zrobiła ten kanał, bo zrobiła go tak, jak ja chciałam zrobić swój. Ale potem doszłam do wniosku, że to nie jest bardzo oryginalny pomysł i dwie osoby mogą wpaść na podobny pomysł!

Druga część wywiadu pojawi się za tydzień!  

Jeśli jeszcze nie widziałeś kanału Arleny, to koniecznie powinieneś go odwiedzić. I pamiętaj, żeby zostawiać tam tylko miłe komentarze!