• Home
  • Wywiady
  • Wywiad z Kasią Szymków, autorką bloga Jestem Kasia

Wywiad z Kasią Szymków, autorką bloga Jestem Kasia

Nauczona doświadczeniem na wywiad przyszłam trzydzieści minut przed czasem. Dzięki temu oszczędziłam sobie nerwów i stresu, a przy okazji mogłam się delektować pyszną, zieloną herbatą patrząc na pędzących za oknem ludzi. Czułam podekscytowanie, bo od dawna chciałam z nią porozmawiać. Byłam jeszcze w gimnazjum, kiedy zaczęłam śledzić jej bloga. Wtedy tylko podglądałam i zazdrościłam, że umie łączyć prostotę, elegancję i wygodę w tak doskonały sposób. Kilkanaście dni temu moje malutkie marzenie się spełniło – miałam okazję poznać ją osobiścię. Moje przypuszczenia się potwierdziły. Jest miłą, ciepłą i niezwykle normalną kobietą, co wśród osób znanych nie jest taką oczywistością. Przed Państwem, Kasia Szymków, autorka bloga Jestem Kasia.

Pierwszy post na blogu pojawił w 2009 roku. Czego nauczyłaś się przez ten czas?

Pierwsze wpisy były bardzo nieprofesjonalne, amatorskie. Zdjęcia były robione bardzo prostym aparatem i mają niewiele wspólnego z tymi, które są obecnie na blogu. Wtedy tak wyglądała blogosfera – żadna początkująca blogerka w tamtym czasie nie miała lustrzanki. Warto też wspomnieć, że wtedy nie miałam jeszcze stricte bloga, tak jak obecnie, a jedynie korzystałam ze strony stylio.pl, a dopiero potem zdecydowałam się na własnego bloga. Dzięki prowadzeniu bloga nauczyłam się robić zdjęcia i je obrabiać. Trochę też poprawiłam swoje umiejętności dziennikarskie, choć nigdy nie miałam lekkiego pióra. Mimo tego, zazwyczaj staram się napisać kilka słów pod zdjęciami. I na pewno też wydoroślałam, ponieważ zaczęłam pisać bloga będąc na pierwszym roku studiów. Przez te osiem lat zdążyłam napisać licencjat, skończyć studia (przyp. red. filologię niemiecką z językiem szwedzkim), wziąć ślub, więc większość swojego dorosłego życia spędziłam na blogu.

Ale nie zdecydowałaś się porzucić studiów? Kiedy pisałaś licencjat, twój blog był już całkiem popularny, więc zachłyśnięta sławą mogłaś dać sobie spokój z wykształceniem…

Kiedy coś zaczynam, to lubię to skończyć. Tak też było w tym przypadku. Przyznam, że czułabym się niedobrze wobec siebie, gdybym nie miała tego wykształcenia. W podstawówce i gimnazjum byłam prymusem, dla mnie nauka była wszystkim, dlatego nie wyobrażałam sobie by rzucić te studia. Poza tym, w tamtym czasie nie sądziłam, że blog tak się rozwinie i stanie się jednocześnie moją pracą. Wolałam mieć jakiś zawód.

Znajomość języków obcych jest ważna przy prowadzeniu bloga?

Oczywiście, jednak nie niemiecki średnio się przydaje. Z perspektywy czasu trochę żałuję, że zaniedbałam angielski, bo jest przydatny. Teraz nadrabiam i chodzę na lekcje angielskiego!

Ale  mimo to, na Twoim blogu pojawiają się posty również po angielsku.

Tak, te krótsze piszę sama, ale te dłuższe konsultuję z moją znajomą. Wolę mieć pewność, że nie ma w nich błędów.

Przejrzałam komentarze na Twoim blogu i na prawdę musiałam się naszukać by znaleźć jakikolwiek negatywny komentarz. A hejtów właściwie nie ma w ogóle. 

To prawda. Co ciekawe, u mnie na blogu nie ma moderacji. Każdy może dodać komentarz i on od razu pojawia się na stronie. Jedynie komentarze do starszych postów wymagają akceptacji, ale jedynie ze względów praktycznych, ponieważ inaczej bym ich nie zauważyła i np. nie mogła odpowiedź na zadane pytanie. Co do hejtu – to faktycznie, jest go bardzo mało, prawie wcale. Mam jednak pewnego stalkera, choć nie wiem czy mogę go tak nazwać, który regularnie dodaje mi jakiś niemiły komentarz, np. „zabierz się do roboty”. Widać, że to jest ten sam styl, więc nietrudno się domyślić, że jest to ta sama osoba.

Zauważyłam, że na pewien komentarz, który odnosił się do jakiegoś błędu składniowego w jednym z postów, odpowiedziałaś z dużym dystansem. Nie usunęłaś komentarza, tylko obróciłaś to w żart!

Każdy popełnia błędy. Lepiej podejść do czegoś z uśmiechem, przyznać się do błędów. To zdecydowanie lepsze rozwiązanie niż udawać, że się tego nie widzi czy się obrażać. Uczymy się całe życie. Żałuję, że nie mam lepszego „flow” w pisaniu i nie publikuję błyskotliwych tekstów. Chciałabym by ludzie odwiedzali mojego bloga z myślą, że przeczytają fajny post, no ale nie można mieć wszystkiego… 😉

Ale przychodzą do Ciebie, żeby zobaczyć Twoje przepiękne zdjęcia i stylizację!

Dlatego się cieszę, że mój blog jest raczej inspiracją, gdzie można znaleźć pomysły na stylizację i zdjęcia.

Słyszałam, że pieniądze na pierwszą lustrzankę pożyczył Ci tata, który wtedy podchodził do całego pomysłu z dużym sceptycyzmem. Jak teraz rodzice reagują, widząc, że blog odnośni taki sukces?

Cieszą się. Moja mama pilnie go śledzi, a tata raczej kibicuje, jednak nie wgłębia się w temat. Myślę, że mama odmłodniała dzięki temu, ponieważ jest czytelnikiem również innych blogów, ma smartfona i co najważniejsze również interesuje się modą!

A zawdzięczasz mamie swój obecny styl? Czujesz, że miała na to jakiś wpływ?

Chyba nie. Ja z mamą jesteśmy różne, chociażby pod względem figury. Myślę, że pod moim wpływem zaczęła ubierać się fajniej. A mój styl wyniknął sam z siebie, nie ma nikogo, kto go we mnie zaszczepił. Kiedyś były też inne czasy. Przypomnijmy sobie lata 2000, kto się wtedy fajnie ubierał? Nawet największe ikony stylu wyglądały kiczowato, ale oczywiście wtedy było odbierane to inaczej.

Kiedy zaczynałaś, jak reagowali inni ludzie? Czy oni w ogóle wiedzieli, czym był blog?

Kompletnie nie wiedzieli! Na początku myśleli, że jak mówię o blogu to mam na myśli taki blok mieszkalny. (śmiech) Wtedy blogów było bardzo mało i pewnie wynikało to z tej małej popularności.

Ty się idealnie wstrzeliłaś w moment, ale teraz rozpoczęcie prowadzenia bloga modowego to ciężka sprawa, prawda?

Oj tak. Trzeba się czymś wyróżnić. Mieć bardzo dobre zdjęcia albo styl, który oszałamia i jest inny niż wszystkie. Teraz jest przesyt, bo każdy ma dostęp do social mediów. Kiedy my zaczynałyśmy to nie było Facebooka ani Instagramu. Pierwszym „community blogerskim” był blogspot, dzięki czemu można było zobaczyć, ile osób obserwuje bloga. Potem Lookbook i dopiero zaczął być w Polsce popularny Facebook.

Jakie cechy powinien mieć bloger? Albo jakie cechy pomagają przy tworzeniu bloga?

Zdecydowanie systematyczność. Ja na blogu staram się publikować posty trzy razy w tygodniu, choć nie zawsze mi to wychodzi. Kiedy blog staje się pracą potrzebna jest również samodyscyplina. Jestem swoim szefem, więc muszę zorganizować wszystko tak by maile nie zalegały w skrzynce, by posty zostały opublikowane na czas i tak dalej. Pomysł na siebie jest też bardzo ważny. Ach i jeszcze jedno, nie warto zakładać bloga tylko po to, by zdobyć popularność i robić na tym „hajs”. To nie wychodzi, ponieważ znam osoby, które chciały robić to tylko dla korzyści i nie osiągnęły zamierzonego sukcesu.

Teraz najczęściej korzystasz z Instagramu, Facebooka, ale ze Snapchata już nie. Dlaczego?

Nie przekonuje mnie jego idea. Nie lubię chaotycznych przekazów, a do szybkich zdjęć, które nie są na tyle ładne by umieścić je na Instagramie, wystarczy mi InstaStory. Poza tym, cenię swoją prywatność. Pamiętam, jak 5 lat temu, kiedy blogerki tłumnie pokazywały się w śniadaniówka, jedna z nich powiedziała, że praca blogerki łączy się z bywaniem na ściankach. Ja tak nie uważam. Nie pokazuję się na żadnych eventach, a nadal funkcjonuje w blogosferze i idzie mi całkiem dobrze.

I nie wiem, czy to nie sprawia, że jesteś bardziej ceniona, ponieważ wszystko co osiągnęłaś jest wynikiem twojej pracy na blogu, a nie bywaniem na ściankach i opowiadaniem o swoim życiu.

Nie mam potrzeby pokazywania swojego życia. Chodzę sobie w domu w moim ukochanym dresie, gdzieś tam pojawia się mój mąż i nie chcę tego wszystkim pokazywać. Żyję swoim własnym życiem i nie muszę udowadniać nikomu, jakie ono jest fajne. Mam wrażenie, że niektórzy prowadzą te social media po to, by właśnie się pochwalić. Oczywiście nie wszyscy, bo są osoby, które robią to, bo są po prostu otwarte.

Więc nie zobaczymy cię w żadnym programie telewizyjnym?

Oj, to na pewno nie! (śmiech) Ja nie za bardzo lubię się z kamerą. Nie wykluczam jednak robienia YouTube, choć muszę mieć na niego pomysł, wszystko musi być dopracowane i wykonane w estetyce bloga. Poza tym, nie chcę robić, czegoś co już było.

Kto jest Twoim fotografem?

Zdjęcia od zawsze wykonuje mój mąż, choć był też moment, kiedy robiła je moja mama. Nauczył się, jak uchwycić pożądane przeze mnie kadry. Często pokazuje mu inspiracje, naprowadzam go. Wyrobił mu się już ten zmysł fotograficzny i wie, co lubię. Super sprawdza się w swojej roli i bardzo polubił robić zdjęcia, a to jest bardzo ważne.

Czy zatrudniasz ludzi, którzy pomagają Ci prowadzić bloga?

Coś Ty! Nie wyobrażam sobie powierzyć komuś bloga. Jedynie mój mąż zajmuje się papierkową robotą, ponieważ jak w każdej firmie papierologia jest nieunikniona. Bloger to nowy zawód, dlatego blog jest zarejestrowany jako pełnoprawna działalność gospodarcza. Wielu ludziom to nie pasuje, że takie „nieroby” jak my zarabiają na tym pieniądze. Praca nad blogiem nie jest ciężka, ale jest czasochłonna i wymaga dużo cierpliwości. Jeśli ktoś decyduje się prowadzić bloga to to lubi, więc nie można nazwać tego ciężką pracą.

Przeszkadza ci jeszcze stereotyp szafiarki?

Przede wszystkim, słowo „szafiarka” jest nacechowane negatywnie od czasu, gdy media podchwyciły temat i zaczęły hejtować blogi modowe. Samo słowo zostało wymyślone przez autorkę bloga Szafa Sztywniary, która zaczynała również jako jedna z pierwsza. Wtedy nikt tego wyrażenia nie traktował negatywnie i generalnie byłoby ono okej, gdyby ludzie nie zaczęli postrzegać go negatywnie. Ja nie nazywam się szafiarką ani blogerką modową. Prawdziwymi blogami modowymi w Polsce są Harel Blog czy Freestyle Vouging, które stricte traktują o modzie i high fashion. A ja pokazuje swój styl, czasami publikuję posty także lifestyle’owe, więc jestem po prostu blogerką.

Ale nadal, w porównaniu do wielu blogerek, mówisz, że masz bloga, a nie portal internetowy.

Mówienie portal interenowy, to jest trochę takie wypieranie się bloga. Czasami mam wrażenie, że zaczęły się wstydzić, że są blogerkami, a tak naprawdę od tego zaczęła się ich cała kariera. A ja nie widzę w tym nic wstydliwego.

wszystkie zdjęcia pochodzą z bloga Jestem Kasia

Jaka była najbardziej abstrakcyjna współpraca, jaką ci zaproponowano?

Wiele współprac odrzucam, ponieważ coś kompletnie nie pasuje do konspektu bloga albo nie jest spójne z moją osobą. Czasami też za bardzo chcą angażować moją rodzinę, np. pokazać mnie i mamę w jakiejś sytuacji, a wiem, że oni nie chcieliby być pokazywani na moim blogu. Choć taką jedną z najbardziej abstrakcyjnych propozycji była reklama farby do włosów intymnych. To brzmi strasznie, ale to trafiło również do innych blogerek. Często pojawiają się również takie produkty jak majonezy, pasztety, które miałyby być pokazane w postach lifestylowych, ale to się kompletnie nie łączy z moim blogiem.

A z jakiej współpracy jesteś najbardziej zadowolona?

Hmm, trudne pytanie… Z pewnością wszelkie współprace związane z wyjazdami były najfajniejsze. Miło wspominam wszelkie współprace ze Stradivariusem, chociaż osobiście marka jest coraz mniej w moim stylu. Stałam się bardziej świadomym konsumentem, większą uwagę przywiązuję do materiałów, wykonania. Dzisiejsze, młode pokolenie, np. w twoim wieku, ma zdecydowanie większą świadomość niż ja będąc w waszym wieku. Teraz stawiam na jakość, a nie na ilość. Filozofia minimalizmu towarzyszy mi zarówno przy komponowaniu stylizacji, jak i kupowaniu ubrań.

Będąc na różnych wyjazdach, spotykasz blogerki całego świata widać między nimi rywalizację?

Nie, na takich wyjazdach wszyscy są dla siebie mili i przyjaźni. Chyba raczej w tej internetowej działalności widać większą rywalizację, a szczególnie w Polsce. Czasami podpatrując inne blogerki, pozytywnie im zazdroszczę np. współprac z dużymi domami mody, ale nie ma w tym zawiści. Poza tym, warto czasami docenić to co się ma. Ludzie już tak mają, że porównują się do tych lepszych, a może warto czasami pomyśleć, ile osób chciałoby być na naszym miejscu. W ogóle, nawet w życiu, nie jestem zachłanna i nawet gdyby blog miał stanąć na tym poziomie, na którym jest obecnie byłabym zadowolona. Fajnie byłoby tylko się nie cofać, ale jestem osobą kreatywną, więc mam nadzieję, że zawsze znajdę na siebie ciekawy pomysł.

Jedna z blogerek modowych powiedziała kiedyś, że jej szafa właściwie w całości składa sie tylko z ubrań, które dostała w ramach współprac. Jak jest u ciebie?

Różnie. Zarówno kupuję i dostaję. Kiedyś miałam zdecydowanie więcej ubrań, które dostałam, ponieważ byłam mniej wybredna i otrzymywałam więcej rzeczy. Będąc studentką z ograniczonym budżetem możliwość dostawania ubrań „za darmo” było świetną opcją. Teraz przyjmuję ubrania tylko od marek, które chętnie sama bym kupiła, a w zamian za publikację na blogu nie muszę za nie płacić. Oczywiście, mam mnóstwo ubrań z ciucholandów. Czasami poluję również na wyprzedażowe okazje, ale mimo wszystko nadal kieruję się zasadą przemyślanych zakupów. Raz na jakiś czas mogę pozwolić sobie na „coś ekstra”. Luksusowe ubrania są niczym inwestycja, dlatego zawsze się śmieję, że jak przyjdzie bida to będę mogła sprzedać je z zyskiem. 😛

Właśnie, marzysz o jakiejś drogiej, markowej rzeczy? Mam na myśli torebkę Chanel, szpilki Louboutin albo coś jeszcze innego?

O szpilkach Louboutin nigdy nie ma marzyłam, bo rzadko w ogóle noszę szpilki. Natomiast, torebkę Chanel na pewno chciałabym kiedyś mieć, ale to już jest bardzo droga inwestycja. Wiem, że osoby, które ją już kupiły nie straciły, bo ta torebka co roku jest coraz droższa.

Ale coraz częściej zdarza się, że duże domy mody zaczynają współpracować z blogerkami!

Tak, to prawda. Długi czas myśleli, że nie ma takiej potrzeby, bo nie doceniano tych „nowych mediów”, jak blogi, social media.

Czujesz się kobietą sukcesu?

Chyba nie! (śmiech) Jestem zadowoloną z życia kobietą, ale cały czas ciężko pracuję na to, by ten sukces był coraz większy. Czuję się szczęśliwa, bo żyję w spokoju. To właśnie święty spokój jest dla mnie najważniejszy. Nie lubię, jak się za dużo dzieje. A wiesz, typowa kobieta sukcesu, którą sobie wyobrażamy nigdy nie śpi, bo cały czas coś robi, więc ja nie jestem przykładem takiej businnesswomen.

Ostatnio usłyszałam stwierdzenie, że panuje teraz „era szarych kardiganów”. Nie przeszkadza Ci to, że wiele osób wygląda podobnie do Ciebie?

Dla mnie najważniejsze jest by czuć się dobrze w ubraniu. Poza tym, to że ktoś ma coś podobnego nie oznacza, że jest takie samo i prezentuje się w tym tak samo. Ja czuję, że mój styl tworzy spójną całość z moim charakterem i urodą. Nie założyłabym czegoś na siebie, tylko dlatego, że ktoś oczekuje bym wyglądała inaczej niż wszyscy.

A co czujesz, kiedy ktoś podchodzi do Ciebie na ulicy?

Skrępowanie, i to jest bardzo zabawne, ponieważ ta osoba, która podchodzi też jest skrępowana. Oczywiście, jest to bardzo miłe i chwyta mnie za serce, że ktoś odnosi się do mnie z taką serdecznością.

Ale przecież Ty też podchodzisz do swoich czytelników z ogromnym szacunkiem. Odpowiadasz na każdy komentarz, pytanie, a oni to doceniają.

Ja się zawsze bardzo cieszę, gdy mogę komuś pomóc i jestem szczęśliwa, że polegają na moich wyborach i radach, a potem są zadowoleni. Gdyby nie czytelnicy, nie byłoby bloga, dlatego zawsze odpisuję.

Zdradzisz mi, jakie są Twoje kolejne cele? Gdzie widzisz siebie za dziesięć lat?

Ja nawet nie wiem, czy dożyję kolejnych pięciu. (śmiech) Nie patrzę na życie takimi kategoriami. To wszystko tak szybko ewoluuje, że planowanie jest bardzo trudne. Chciałabym z pewnością rozwinąć sklep, ponieważ ostatnio mieliśmy pewne problemy z wykonawcami i wszystko stanęło w miejscu, ale już niedługo wszystko ruszy ze zdwojoną siłą!

To przy okazji zapytam, ponieważ już jakiś czas mnie to zastanawia. Skąd nazwa Twojego sklepu „Kolonia12”?

Mieszkam w małej miejscowości, ale mimo swojego małego rozmiaru ma dzielnicę. I moja dzielnica, w której mieszkam, jeszcze przed wojną była oddzielną miejscowością i nazywała się Kolonia, a numer mojego domu to 12 i powstała Kolonia 12.

Bardzo sprytnie i kreatywnie to wymyśliłaś. Nie wpadłabym na to, że to poniekąd Twój adres! 😉

Kasiu, jeszcze raz dziękuję! To była czysta przyjemność, spotkać się z Tobą i porozmawiać przy pysznej herbacie. Mam nadzieję, że  jeszcze nie raz będziemy miały okazję to powtórzyć.