Wywiad z Paulą Bruszewską

Kiedy skończyłam projekt społeczny w ramach „Zwolnionych z Teorii” była bardzo ciekawa, kto jest inicjatorem tej akcji. Wujek Google i tym razem mnie nie zawiódł. Okazało się, że za wszystkim stoją Paula Bruszewska, Marcin Bruszewski i Rafał Flis. To trójka przyjaciół z ogromną ilością energii i zamiłowaniem do projektów społecznych. Na finale Zwolnionych miałam okazję posłuchać wywiadu z Paulą. Niestety wychodząc czułam niedosyt. Miałam jeszcze kilka pytań, które bardzo mnie nurtowały. Pomyślałam, że spróbuję i zaproponuję wywiad na bloga. Udało się! Spotkałyśmy się w jednym z parków na Żoliborzu. To była serdeczna, koleżeńska rozmowa pełna śmiechu i radości. Zresztą sami sprawdźcie! 🙂

 

Kiedy pojawił się pomysł „Zwolnionych Teorii” nie baliście się, że nie znajdziecie na tyle zmotywowanej młodzieży, która chciałaby wziąć udział w takim przedsięwzięciu?

Nie! Haha! Wszyscy nas o to pytają, szczególnie osoby w wieku 30+, 40+, którym się wydaje, że cała młodzież jest bez nadziei.

No właśnie, panuje takie przeświadczenie, że cała młodzież jest do kitu, że całe dnie spędzamy przed komputerem albo smartfonem.

Takie przekonanie faktycznie jest. My od razu mieliśmy kontakt z młodymi osobami, dlatego wiedzieliśmy, że jest mnóstwo super ludzi. No okej, wtedy nie wiedzieliśmy, że jest ich aż tak dużo w całej Polsce. Wiedzieliśmy, że jest ich na pewno więcej niż 30 osób, dlatego, że wcześniej robiliśmy akcję, w której 30 uczestników realizowało projekty społeczne. To było bardzo elitarne, w formie stypendium. Ale zawsze mieliśmy mnóstwo osób na jedno miejsce i było nam przykro odmawiać tym ludziom, dlatego pomyśleliśmy: „Dobra, musimy wymyślić coś, żeby każdy kto chce mógł zrealizować swój projekt społeczny.” No i wtedy odbyła się pierwsza edycja ogólnopolska. I okazało się, że chętnych ludzi jest mnóstwo. W pierwszej edycji projekt ukończyło 1443 licealistów, a w drugiej edycji aż 2318. To ogromna liczba.
Zawsze kiedy ludzie narzekają, że młodzież jest taka zepsuta mówię, że mam kompletnie inne zdanie. W chwili obecnej w biznesie jest taki trend, że większość znaczących stanowisk zajmują mężczyźni, w Zwolnionych natomiast wśród uczestników większość to dziewczyny. Uważam, że dominacja mężczyzn na kierowniczych stanowiskach dobiega końca. Jak widzę Wasze pokolenie, to dziewczyny są turboniesamowite, a chłopaki jakoś mniej… Nie mówię, że wszyscy, ale część. Z drugiej strony, Zwolnionych tworzę przecież z Marcinem i Rafałem, którzy są meeega! Jesteśmy niesamowitym teamem i tak się złożyło, że ja akurat mam chłopaków, ale w całej drużynie wilkowej do niedawna mieliśmy same dziewczyny. Chcemy mieć u siebie najlepszych z najlepszych, a nasz zespół jest nieliczny, bo 11 osób, i nic nie poradzę na to, że dziewczyny właśnie takie są!

A co trzeba zrobić, żeby dostać się do Waszego teamu?

Trzeba zrobić projekt społeczny i się w tym sprawdzić. Ale przede wszystkim mega to lubić i chcieć, bo to jest prawdziwa ciężka praca. Oczywiście, ludzie łączą studia ze Zwolnionymi. Ogólnie mamy bardzo młody zespół. Ostatnio zatrudniliśmy chłopaka do spraw IT, który ma 17 lat! Wiek nie jest ograniczeniem, raczej zaangażowanie i talent się liczą.

Kiedy przychodzi do Ciebie taka osoba jak ja i mówi, że Zwolnieni to wspaniała sprawa, że dużo jej to dało, to czujesz wtedy, że zmieniasz myślenie młodych ludzi?

Totalnie! Słuchaj, to jest dla mnie wspaniała rzecz. Niesamowite jest to, że ile razy  to słyszę to zawsze mam ciarki na plecach. To nie jest tak, że myślę sobie: „o matko, kolejna osoba”. Każdy jest inny, z inną ścieżką życiową i to jest cudowne, że ktoś odnalazł w tym coś swojego. Dla mnie to najlepsza nagroda.
Moja ścieżka zawodowa ułożyła się tak, że przez jakiś czas pracowałam w korpo. Wszystko ładnie, tylko nadal było to tylko sprzedawanie proszku do prania. Jestem osobą, która bardzo potrzebuje misji i zawsze jak myślałam o swojej przyszłej pracy to wiedziałam, że muszę czuć w niej misję. Co prawda, zakładałam wtedy, że nie da się tego połączyć i trzeba będzie wybrać albo misja, albo pieniądze. Myślałam, że po prostu z pracy z misją nie da się wyżyć. Miałam nawet taki pomysł, że będę na przykład dwa lata pracować w jakimś ciężkim korpo, zarobię i wtedy zrobię rok wolontariatu. Potem znowu, i tak w kółko – tak sobie wyobrażałam swoją pracę. Okazało się jednak, że da się to połączyć. Jest teraz spory trend na start-upy społeczne, które pozwalają połączyć pracę z misją. I właśnie to jest moją pracą, a także pracą dziesięciu innych osób z mojego zespołu. Myślałam kiedyś, że fundacja to wyłącznie wolontariat, nie łączyłam tego z karierą zawodową. Teraz zdobywamy nagrody, nie tylko polskie, ale i międzynarodowe. To jest niesamowita ścieżka kariery. Wiesz, nie taka uklepana jak w korpo: junior, wyższy junior coś tam, senior jakiś tam, czyli wspinanie się po szczebelkach. Tylko to jest taka ścieżka, że wszystko możesz, coś może się udać, ale może się też zupełnie nie udać – to zależy już tylko od ciebie. To jest ryzykowne, owszem, ale za to ma korzyści, które nie są możliwe nigdzie indziej. Kiedy współpracujemy z partnerami to często rozmawiamy z prezesami gigantycznych, międzynarodowych firm. Jeśli pracowałabym w takiej firmie, startując z pozycji juniora to z prezesem miałabym okazję porozmawiać hoho, nie wiem kiedy. śmiech A tutaj przychodzi Social Wolvs i od razu możemy rozmawiać z ludźmi na takim wysokim stanowisku, którzy są niesamowicie inspirujący. Wielkim szokiem był dla mnie fakt, że mają oni dużo luzu i zachowują się przyjaźnie, normalnie, nie tak sztywno jak mogłoby się nam wydawać.

A czy kiedy pracowałaś w korporacji czułaś obciążenie psychiczne? Dużo się mówi o tym że taka praca kosztuje dużo nerwów.

U mnie akurat było inaczej. Korporacja, w której ja pracowałam jest świetną firmą i było bardzo fajnie. Jeśli miałabym tam pracować dłużej to nie byłoby to dla mnie cierpienie. Jedyna wada tej pracy to właśnie brak tej realnej misji, której ja ogromnie potrzebowałam. Ja pracowałam akurat w Genewie, więc było bardzo międzynarodowo – poznałam ogrom ludzi różnych narodowości. To było fajne doświadczenie. 🙂

Studiowałaś na SGH w Warszawie i w Szwajcarii. Jaka jest różnica między studiami w Polsce, a za granicą?

Ogromna. Najbardziej moją uwagę zwróciło to, że w Szwajcarii wszystko robiliśmy w grupie. Każde zaliczenie odbywało się w zespole. Nawet jeśli tym zaliczeniem było napisanie eseju na 20 stron, to także trzeba było zrobić to w zespole, co jest dość dużym wyzwaniem. Dzieliliśmy się rozdziałami, wspólnie dyskutowaliśmy nad myślą przewodnią i potem dostawaliśmy tą samą ocenę, więc jeśli ktoś coś zawalił, to wszyscy na tym cierpieli. To były studia magisterskie, dość mocno naukowe, a mimo to wszystko odbywało się w grupie. I jak pewnie wiesz, ja totalnie jestem za tym, bo potem jak pracujesz to również wszystko robisz w zespole. Teraz niezależenie kim jesteś musisz pracować w zespole – jak jesteś lekarzem, czasem musisz się skonsultować z innym lekarzem szczególnie kiedy jest ciężki przypadek – zbudować konsylium. Kiedy jesteś naukowcem również. Teraz zabrnęliśmy tak daleko, że jedna osoba nie jest w stanie pojąć całej wiedzy z danej dziedziny i sama wymyślić coś nowego – dlatego powstają zespoły naukowców. A o pracy w biznesie już nie wspomnę, bo to jest oczywiste.
Po drugie, na studiach w Szwajcarii bardzo dużo mogłam sobie wybrać. Mało było narzucone przez uczelnie. Mnie akurat interesował rozwój międzynarodowy, pomoc międzynarodowa, więc wszystkie moje przedmioty tego dotyczyły. Miałam dosłownie kilka obowiązkowych przedmiotów.

Nie kusiło Cię, żeby zostać w Szwajcarii?

Nie! śmiech Oczywiście, że kusiło. Według rankingów w Szwajcarii żyje się najprzyjemniej na świecie i ja to potwierdzam. I właśnie dlatego ja nie mogłam tam zostać, bo chciałam coś zmieniać, poprawiać. A tam nie ma co poprawiać. Za to w Polsce myślę, że można jeszcze dużo zmienić – na lepsze, oczywiście.

Wróciłaś ze Szwajcarii i wtedy narodził się pomysł Zwolnionych?

Sporo wcześniej, robiliśmy coś podobnego do Zwolnionych od początku studiów, tylko w innej formie, pod inną nazwą, na znacznie mniejszą skalę. Było 30 uczestników rocznie…

… tylko na terenie Warszawy, tak?

Tak, dokładnie, tylko na terenie Warszawy. Odbywało się to w formie stypendium. Mały projekt, ale jednak profesjonalny. Od początku staraliśmy się, żeby edukacja była na najwyższym poziomie, ale nadal wszystko odbywało się w takim kameralnym gronie. To było moje hobby „po godzinach”. Kiedy zrobiliśmy to trzy razy, wtedy wiedzieliśmy, że robimy coś fajnego, coś co można rozszerzyć. Wcześniej, w ciągu tych trzech edycji to był zwykły, mały projekt, do którego zawsze bardzo się przykładaliśmy i staraliśmy go ulepszać. Jak zaczynaliśmy zupełnie nie zdawaliśmy sobie sprawy, że z tego może wyrosnąć coś na tak dużą skalę jak obecnie.
Kiedy rozmawiam teraz z ludźmi, którzy założyli swoje małe firmy czy fundacje to właśnie najczęściej jest tak, że robisz coś obok, coś co sprawia Ci przyjemność, ale bez przeświadczenia, że musisz zrobić z tego coś wielkiego. Raczej na zasadzie próbowania, działania i pasji. To z takich rzeczy wyrasta coś dużego – tak też było w naszym przypadku. Będąc w Genewie wiedziałam, że mogę poszerzyć te swoje przedsięwzięcie. Powiedziałam sobie: „Dobra, wracam”. Kiedy w Genewie usłyszeli, że postanowiłam wrócić, to zaczęli do mnie dzwonić z Polski, że tutaj także mają dla mnie stanowisko. Mnie nie chodziło jednak tylko o powrót do kraju. Postawiłam wszystko zmienić, postawiłam wszystko na jedną kartę, zaryzykowałam. Wyszło super. Ale nie zawsze było łatwo. Do samego końca nie wiedzieliśmy czy to wypali. Dopiero kiedy otworzyliśmy rejestrację, zaczęliśmy jeździć po Polsce, spotykać tych niesamowitych, młodych ludzi. Zobaczyliśmy jak wielu z nich chce zrobić projekty społeczne, dopiero wtedy poczuliśmy ulgę, że to całe ryzyko się opłaciło.
Całe przegotowania to była normalna praca. Codziennie zamykaliśmy się w pokoju, każdy miał swoje biurko, komputer, jak w profesjonalnym biurze, i pracowaliśmy. Spięliśmy się…

.. i jest

I jest. Choć wiesz, najtrudniejsze było pozyskanie partnerów. Ten moment, kiedy przychodziliśmy i mówiliśmy „Będziemy mieli trzy tysiące”. To oni pytali, ile osób brało udział w zeszłym roku. A my mówiliśmy trzydzieści. śmiech Możesz sobie wyobrazić jak reagowali. Poważne firmy nie chciały nam uwierzyć. Było nam bardzo trudno. Dostaliśmy bardzo wiele odmów, ale nie poddawaliśmy się. Ostatecznie udało nam się przekonać dwóch partnerów, w tym jeden odmówił nam trzy razy zanim się zgodził. Ten przykład pokazuje, że warto próbować. Jak raz się nie zgodzi to nie oznacza, że nie zgodzi się w ogóle. Mieliśmy ogromną determinację, bo bardzo nam na tym zależało. Strasznie chcieliśmy zrobić Zwolnionych z Teorii i koniec końców partnerzy się zgodzili, podjęli z nami ryzyko. Największą rolę grała tutaj wiarygodność. Teraz nie mamy już problemu.

Nagrodą w Olimpiadzie jest cetryfikat od Project Management Institute. Trudno było zdobyć akredytację na ich wydawanie?

Oj, bardzo trudno. Musieliśmy się rozpisywać na kilkadziesiąt stron, a oni musieli uwierzyć, że mamy odpowiednie kompetencje, żeby takie szkolenia prowadzić. Za to potem kiedy nam zrecenzowali nasz kurs byliśmy zaskoczeni. Jeden z polskich  ekspertów od zarządzania projektami po przeczytaniu aż sam napisał do nas maila, że ten kurs jest genialny i on takiego dobrego kursu jeszcze w Polsce nie widział, nawet u biznesowych instytucji szkoleniowych. Był zachwycony dlatego, że te projekty się dzieją naprawdę. Zazwyczaj na takich szkoleniach odbywają się warsztaty. A wtedy tworzy się hipotetyczny budżet, harmonogram, plan działania, co nadal jest tylko hipotetyczne. W Zwolnionych z kolei, to wszystko wciela się w życie. Uczestnicy tym żyją i widzą, że np. harmonogram im się kompletnie zdezaktualizował i trzeba następnym razem zrobić to inaczej, lepiej. I to jest o wiele cenniejsze. Międzynarodowa licencja dużo kosztowała nas nie tylko wysiłku, ale również pieniędzy. Mimo tego, bardzo zależało nam na tym, by młodzi ludzie mieli w pełni profesjonalne potwierdzenie zrealizowania projektu społecznego. Jest dosłownie kilka instytucji w Polsce, które wydają takie certyfikaty i teraz do nich dołączyliśmy!

Mówisz aż w czterech językach. Masz jakiś sposób żeby się ich uczyć? 

Uwielbiam podróżować. To pomaga i motywuje. Na przykład rosyjskiego nauczyłam się, ponieważ jechałam w podróż po Azji Środkowej. Podróże bardzo otwierają, dużo dają i język jest tego częścią.
Kiedy ludzie  pytają  mnie jaki drugi język wybrać to zawsze odpowiadam, że przede wszystkim trzeba znać świetnie angielski. Drugi język jest opcjonalny – jeśli lubisz i masz do tego zdolności. Ale teraz wszystko dzieje się po angielsku, dlatego warto się go nauczyć biegle.

Skąd znaleźć energię i determinację w sobie, żeby działać, żeby coś stworzyć? To trzeba mieć już w sobie czy da się to jakoś wypracować? Dasz moim czytelnikom jakąś złotą receptę? 

Uważam, że trzeba to w sobie rozwijać. Przede wszystkim, należy robić to co się lubi i zawsze się trzymałam się tej zasady. Nie poszłam na studia dlatego, że tak trzeba było, albo że większość znajomych się na nie zdecydowała. Ja naprawdę lubiłam studiować, uczyć się. Moim zdaniem, jeśli ktoś nie lubi tego robić, a ma pasję np. do robienia filmów albo zdjęć, to dużo lepiej oddać się i poświęcić temu, tylko pod jednym warunkiem – robić to naprawdę dobrze. Nie na zasadzie „o coś nakręciłem i już wydaje mi się, że jestem najlepszy i wspaniały”, bo zazwyczaj tak nie jest. Potrzeba mnóstwa prób i błędów. Należy być także krytycznym co do swojej pracy, a nawet bardzo krytycznym, żeby się rozwijać. Kiedy połączysz te dwie rzeczy, że robisz coś co lubisz oraz patrzysz na to krytycznym okiem, jesteś otwarty na to, żeby się uczyć, coś zmieniać, to może z tego wyjść coś fajnego. Niestety bycie krytycznym w stosunku do siebie to rzadka cecha. Często ludzie uważają, ze jak coś zrobili to to jest najwspanialsze i bronią tego za wszelką cenę, nawet jak wszystkie znaki na ziemi wskazują, że to nie było udane. To naturalny ludzki odruch.
Ale jeśli chcesz się rozwijać, stworzyć innowację to trzeba być krytycznym wobec siebie. Trzeba wziąć także pod uwagę fakt, że jak coś robimy pierwszy, drugi, trzeci raz to zazwyczaj wychodzi średnio.
Stojąc z boku wydaje się, że ktoś jest megautalentowany, wystarczy, że wyjdzie na scenę, zaśpiewa i jest gwiazdą roku. To tak nie wygląda. To kosztuje bardzo dużo pracy, wyrzeczeń, której nie widzimy z zewnątrz.

Zgadzasz się z przekonaniem, że młodzi ludzie będą mieli ogromny problem ze znalezieniem pracy w przyszłości z powodu panującego bezrobocia? Moim zdaniem, jeśli ktoś ma pasję i chęci to na pewno uda mu się znaleźć pracę.

Uważam tak samo. Zobaczysz, że za kilka lat będzie ogromna zmiana. Będzie mało taki prostych prac, ponieważ one będą się automatyzować i coraz więcej będą robić za nas maszyny. Za to będzie duże zapotrzebowanie na ludzi z praktycznymi kompetencjami pracy z ludźmi, przywództwem, umiejętnością komunikacji. Również w firmach bardziej będą się liczyć miękkie kompetencje niż te twarde, dlatego, że teraz cała wiedza jest już w Internecie…

…ale na przykład trzeba umieć szukać informacji w Internecie

Tak, dokładnie! Kluczowa teraz będzie praca w zespole, umiejętność dowodzenia tym zespołem, stworzenia swojej wizji czegoś, a potem sprzedania tej wizji innym, komunikacji z innymi, negocjacji, czyli takie bardzo „miękkie rzeczy”. Przerażające jest to, że nauka tych umiejętności zarówno w szkołach, jak i na uniwersytetach praktycznie nie istnieje. Dlatego trzeba robić projekty społeczne i zdobywać te kompetencje jak najwcześniej!

 

Paula, dziękuję ogromnie za tę rozmowę! Było mi bardzo miło Cię poznać. A całą resztę wilkowego teamu serdecznie pozdrawiam!

 

link do strony internetowej Zwolnionych z Teorii – najlepszej Olimpiady w Polsce